W sprawie budżetu i finansów publicznych kręcimy się bez wątpienia w kółko. Podobnie zresztą jak wówczas, kiedy próbujemy dyskutować szerszą kwestiępolityki gospodarczej, czyli kiedy staramy się dostrzec coś więcej niż tylko gigantyczną lukę w tego- i przyszłorocznymbudżecie.
No bo tak: czy coś nowego, coś zaskakującego da się jeszcze powiedzieć o preferowanym przez polityków tempie dezinflacji? Czy coś naprawdę istotnego można dorzucić do dobrze znanego spisu konsekwencji, jakie dla gospodarki będzie mieć w dłuższym okresie większa tolerancja dla inflacji? Nic, naprawdę nic się tu już nie da wymyślić.Kiedy jakiś czas temu stało się oczywiste, że nowy układ polityczny będzie sympatyzował z wolniejszą dezinflacją, kibicując za to szybszemu wzrostowi gospodarczemu, niektórzy z nas próbowali przestrzegać, że niekoniecznie musi to oznaczać same przyjemne rzeczy. Wyznawcy reguły opisywanej przez krótkookresową krzywą Phillipsa specjalnie się naszą krytyką nie przejmowali. Byli i są to ludzie wpływowi, pragmatyczni politycy i policy entrepreners. Oni doskonale rozumieją, że społeczna awersja wobec inflacji jest niska, koszty dezinflacji wysokie, a długookresowych korzyści dla wzrostu płynących z niskiej inflacji nie da się obecnie w Polsce oszacować. Na tej podstawie, całkiem zresztą logicznie, doszli do wniosku, że optymalizacja niezależności banku centralnego, jego wpisanie w układ instytucjonalny gospodarki, wymaga podporządkowania polityki monetarnej polityce fiskalnej.To, co dzieje się teraz między Belką a częścią Rady Polityki Pieniężnej, jest tylko i wyłącznie spóźnionym wykwitem dawno już przeprowadzonej, i nie całkiem bezowocnej dla uzyskania jakiej takiej orientacji, dyskusji.Ani to budujące, ani specjalnie ciekawe. Rada Polityki Pieniężnej, tak czy inaczej, zmieni już wkrótce swoją funkcję reakcji. Chyba już ją nawet zmieniła. To, co ma na ten temat do powiedzenia Bogusław Grabowski czy Dariusz Rosati, nie może być przy tym traktowane przez rynek indykatywnie. Rynek patrzy i ocenia postępowanie rady jako całości, a pojedyncze, zmienne zresztą, deklaracje uznaje za miejscowy folklor.Warto zwrócić uwagę, że jeśli dobry pan Bóg radzie nie pomoże, również tegoroczny cel inflacyjny nie zostanie osiągnięty, chociaż tym razem z innej niż dotychczas strony. Pan Bóg, używający narzędzia w postaci kolegów polityków do poważnej deprecjacji złotego albo narzędzia w postaci PGNiG ? walącego nas piękną 20-proc. podwyżką cen gazu, co wywinduje listopadową inflację w bezpieczne miejsce, czyli do przedziału tegorocznego celu inflacyjnego. Jeśli interwencji boskiej nie będzie, skończymy rok z inflacją 5,6%, z za niskim, jak na apetyty polityków, wzrostem oraz koniecznością blokowania wydatków budżetu w drodze rozporządzenia ministra finansów pod koniec roku.A wtedy już żaden cud nie uratuje skóry RPP. Wolno też przypuszczać, że szybka redukcja stóp, jaka będzie zrozumiałym następstwem tej nieprzyjemnej sytuacji, zagrozi realizacji przyszłorocznego celu inflacyjnego. Pytanie o wiarygodność celu średniookresowego wyda się wówczas czysto retoryczne. A ocena rady, która nie trafiła w żaden z wyznaczanych przez siebie celów inflacyjnych, nie będzie specjalnie trudna i spokojnie poradzi sobie z nią nawet poseł Kaczmarek. W kłopocie będą tylko ci, którzy szczerze sympatyzowali zarówno ze strategią bezpośredniego celu inflacyjnego, jak i szybką dezinflacją, a których niekonsekwencja i brak klarowności ze strony rady postawiły do kąta. Jest nas, niedobitków, garstka dwupalczasta.Jedna rzecz wymaga jednak jeszcze słowa komentarza. Wykorzystywanie argumentu o potrzebie szybszego wzrostu w przepychance wokół budżetu jest nie tylko niebezpieczne. Jest to po prostu głupie. Cykliczny wzrost dochodów budżetu wcale nie ułatwi, a wręcz utrudni, uporania się z problemem systemowej reformy finansów publicznych. Podobnie zresztą jak wzrost podatków. Domykanie dziury budżetowej napędzaniem dochodów, czyli wzrostem fiskalizmu, oraz rozmywanie problemu systemowych oszczędności, odkładanie ich na później, gwarantuje katastrofę. Będziemy mieli wzrost efektywnych podatków przy niskim tempie rozwoju gospodarczego, duży wieloletni deficyt, nadal rosnące nierozumnie wydatki, skok inflacji, nacisk na redukcję stóp procentowych, wzrost nierównowagi zewnętrznej.Jeśli w ?pakiecie ratunkowym? zobaczymy wzrost podatków i niechęć do cięć wydatków ? to przynajmniej będziemy wiedzieli, gdzie wylądujemy. A będziemy widzieć i wiedzieć po wyborach.Jeśli nie wiecie państwo teraz, na kogo głosować, to ja wam na pewno nie pomogę.