Tak źle już dawno nie było. Z punktu widzenia naszego rynku, jeszcze do piątku można było twierdzić, że pomimo silnych spadków nie zrealizowały się najczarniejsze scenariusze. Piątkowa fala spadków sprowadziła jednakże indeks WIG20 poniżej 1000 punktów, realizując kreślony przez analityków technicznych kilka tygodni temu scenariusz, który wtedy wydawał się skrajnym czarnowidztwem. Niestety, nie trzeba zbyt wiele finezji, by wskazać na źródła załamania rynku. Pierwszym, lecz nie przesądzającym jeszcze o skali spadku, było ponowne otwarcie giełd w USA. Tak jak można było oczekiwać, sprowokowało ono kolejną globalną falę przecen, jednak przy względnej racjonalności. W USA ucierpiały głównie firmy lotnicze i ubezpieczeniowe, a inne spadki związane były z pogorszeniem nastrojów konsumentów. Nasz rynek reagował na to dość wstrzemięźliwie i dopiero w piątek, przy kolejnej fali spadków, na Zachodzie puściły nerwy. A tytułowym nożem w plecy naszego rynku była sugestia przyszłego ministra finansów, o możliwości wcześniejszego niż oczekiwano objęcia opodatkowaniem transakcji giełdowych. Rozważa się ten krok przy pełnej świadomości szkodliwości per saldo jego wprowadzenia i jedynie w imię doktryny równego traktowania dochodów objętych daną kategorią opodatkowania. Co więcej, idea opodatkowania odsetek w obliczu założeń, że stopy procentowe miałyby silnie spaść i wobec mizerii krajowych oszczędności także nie jawi się jako źródło dochodów tak obfite, jak się sugeruje. Pozostaje mieć nadzieję, że po wyborach, gdy nie trzeba będzie już walczyć o głosy, przyjdzie czas bardziej rozważnych wypowiedzi i że rynek ich doczeka.