Zostawmy na boku personalną ocenę wicepremiera Belki, dokonaną przez wicepremiera Kalinowskiego. Ta ocena, o której minister rolnictwa mówi, że była wcześniej "przesadzona", a która teraz jakby złagodniała, wskazuje po prostu, że panowie wicepremierzy usilnie dążą do kompromisu, nie chcą personalizować sporów. To w końcu normalne. Rozpoznają się dwie bratnie, elastyczne, dusze.
Całkiem inaczej mają się jednak sprawy z poglądami ekonomicznymi, którym daje niepohamowany - mimo wyraźnych starań - upust J. Kalinowski. W tym miejscu mowy już nie ma o żadnym odpuszczeniu. Te poglądy można ująć w kilku zwartych punktach.
Po pierwsze - zadaniem rządu jest podniesienie dochodowości rolnictwa. Oznacza to system powszechnej kontraktacji, ceny minimalne, wzrost cen żywności. Po ludzku mówiąc: powinniśmy płacić drożej za żywność. I to płacić podwójnie: jako konsumenci i podatnicy. Bo pieniądze na wyjęcie rolnictwa spod praw gospodarki rynkowej muszą pochodzić z budżetu.
Po drugie - powstaje w takim razie dość istotne pytanie: skąd mianowicie mają się te pieniądze w budżecie wziąć? Na pewno nie z VAT - mówi wicepremier - bo VAT jest szkodliwy w ogóle, a szczególnie w rolnictwie. Najlepiej wziąć kasę z podatku importowego. W tym miejscu z nostalgią wspomnieć wypada premiera Pawlaka (obecnie w biznesie), który zwykł był mawiać, że opodatkowywać trzeba konsumpcję, a nie inwestycje. Naturalnie, w ramach rozwiązywania problemów ludzkich.
Po trzecie - na czym można oszczędzać? Już się Państwo domyślacie odpowiedzi, prawda? Nie na rolniczych emeryturach finansowanych z budżetu (Belka chciał tu uszczknąć coś koło 4 mld zł). Nie na zasiłkach dla wielodzietnych (ile to będzie kosztowało - Kalinowski powie Radzie Ministrów).