Zarząd giełdy helsińskiej postanowił wczoraj, że od początku kwietnia przyszłego roku sesja będzie kończyć się o godz. 20.00 lokalnego czasu, nie zaś - jak jest obecnie - o godz. 21.00. Tymczasem w kwietniu br. giełda ta zdecydowała się wydłużyć sesję, i to aż o 3 godziny, właśnie do 21.00. Obecna decyzja to przede wszystkim efekt nacisków banków i domów maklerskich, które uznały, że ponoszą większe koszty z prowadzenia dodatkowego handlu od zysków, jakie osiągają dzięki temu. - Obroty w ostatnich godzinach sesji są rozczarowujące i wydaje się, że czas jej trwania powinien zostać skrócony - powiedział Bloombergowi Jan Forsbom, dyrektor generalny helsińskiego biura maklerskiego FIM Securities.

W listopadzie br. obroty na giełdzie helsińskiej wyniosły 20,4 mld euro, wobec 25 mld euro notowanych na początku 2001 r. Podczas tzw. dodatkowych godzin pracy giełdy (od. 18.00 do 21.00) stanowiły one jednak tylko 6% całych dziennych obrotów, z czego dwie trzecie generowano podczas pierwszej godziny (od 18.00 do 19.00). - Przeprowadziliśmy ankiety wśród wszystkich zainteresowanych i wynika z nich, że dodatkowe dwie godziny handlu, a nie trzy, w zupełności wystarczą - stwierdził wiceprezes giełdy helsińskiej Jouni Torasvirta.

Nie tylko w Helsinkach widoczna jest tendencja do skracania sesji. Na temat podobnych posunięć spekuluje się też we Frankfurcie i w Mediolanie, gdzie coraz więcej uczestników sesji naciska na zarządy giełd, by je skracała. Przypomnijmy, że giełda frankfurcka w grudniu 2000 r. wydłużyła czas trwania notowań o 2 godz., do 20.00, lecz być może już w przyszłym roku powróci do poprzedniego czasu trwania sesji.

W październiku br. spektakularną decyzję podjął zarząd giełdy sztokholmskiej, która od lutego pracowała aż do godz. 20.00 czasu lokalnego. Zrezygnował bowiem z planów dalszego rozszerzania sesji aż do 22.00, a nawet zdecydował się na jej skrócenie do godz. 17.30, tak jak miało to miejsce w 2000 r. i jeszcze na początku br.