Reklama

Internet pożera własne dzieci

Biznes internetowy wybuchł w Polsce jak supernowa. Uwierzyłem, i wierzę nadal, że patrzę na coś niezwykłego, a - pomijając wszelkie negatywne skojarzenia, - słowo rewolucja, powtarzające się w wielu komentarzach i analizach, było i jest jak najbardziej na miejscu.

Publikacja: 29.12.2001 09:00

Wszyscy jednak zapomnieli, że rewolucja pożera swe dzieci. Przy okazji może jednak pożreć i innych. Zbyt nieodpowiedzialnych.

Mój podziw dla biznesu internetowego miał wiele źródeł. Niektóre nie wyschły do dziś. To zabrzmi jak banał, ale tak jest przecież naprawdę: sieć daje niezwykłe możliwości. Staje się nieodzownym narzędziem pracy, jest nieoceniona jako źródło informacji i sposób komunikowania się.

Wielu na tym zarobi, niektórzy już zarabiają. Przecież sieć to nie tylko wirtualna rzeczywistość, to skomplikowana, wciąż rozbudowywana i unowocześniana infrastruktura. Ktoś sprzedaje to, co pozwala ją tworzyć, ktoś inny kupuje. Ale to nie koniec. W telewizji relacje ze skoków Adama Małysza przyciągają telewidzów i reklamodawców (a więc ich pieniądze), w internecie ciekawa treść też może przyciągnąć użytkowników i reklamodawców. Biznes jak każdy, choć pionierski i tym samym bardziej ryzykowny niż, dajmy na to, handel warzywami (mimo że sezonowość nie jest w nim tak wyraźna).

Mój podziw miał także inne przyczyny. Sądziłem bowiem, że technologiczna rewolucja tylko nas muśnie, a my ze swoim zapóźnieniem będziemy musieli poczekać na jej efekty, powoli przyswajając nowe rozwiązania. Okazało się, że jest inaczej. Firmy internetowe wyrastały u nas jak grzyby po deszczu. W sieć chcieli inwestować wszyscy. Portale, wortale, hosting, usługi webowe, data center i inne czarodziejskie zaklęcia zagościły na dobre w serwisach informacyjnych. Wszyscy zapomnieli o ryzyku. Albo też wliczyli je w koszta rewolucji, sądząc, że sami nie będą płacić. Ileż firm nabrało inwestorów w czasie gorączki złota, ile mamiło ich złożami drogocennych kruszców w najbardziej ezgotycznych zakątkach świata, ale przy tym nie brakło też inwestorów, którzy wówczas zarabiali krocie.

No i oczywiście mój szczery podziw budziła, będąca coraz bledszym wspomnieniem, internetowa hossa, przede wszystkim za oceanem, ale u nas także. Wystarczyło użyć słowa internet - w nazwie, planach rozwoju (albo zwijania dotychczasowej działalności), raporcie bieżącym, gdziekolwiek. To działało jak magiczne zaklęcie, jak czarodziejska różdżka, przemieniająca najsłabsze dotąd walory w liderów rynku.

Reklama
Reklama

Biznes rządzi się jednak swoimi prawami, bez względu na to, czy dotyczy produkcji łopat czy portalu. Przekonują o tym informacje pochodzące ze spółek giełdowych. Elektrim - wielki, choć podupadający holding - miał kupić portal (Poland.com) za kilkanaście milionów dolarów. Wynegocjował - dzięki Bogu, westchną jego akcjonariusze - znacznie mniejszą cenę, tylko kilka milionów złotych, nie licząc pożyczek. Co ciekawe jednak, te kilka milionów złotych płacił już na początku tego roku, kiedy pył bitewny opadł i widać było dość wyraźnie, w jakim miejscu internetowa rewolucja się znajduje. Niedawno pracownicy portalu kupili od holdingu i MCI - bądź co bądź znanego giełdowego funduszu inwestycyjnego, wyspecjalizowanego (!) w inwestycjach w IT - 100% akcji, płacąc za nie 100 tys. zł. I holding, i fundusz robią więcej takich interesów. Fundusz za 100% akcji Cubeteam, firmy dostarczającej rozwiązania technologiczne dla portali i - za przeproszeniem - hubów, dostał 10 tys. zł, choć zainwestował 100 razy więcej. Holding z kolei najpierw zainwestował w pewną spółkę (eCenter), a później stwierdził, że dalej inwestować nie będzie i tym samym skazał ją na bankructwo. "E" w nazwie wszystko tłumaczy. Kontynuowanie inwestycji mogło tylko powiększyć straty.

To koszta rewolucji, powie ktoś. Tak to już jest, że jednym się udaje, a innym nie bardzo. W gruncie rzeczy jednak zdumiewa mnie cisza nad tym grobem, który pochłania coraz więcej internetowych ciał.Czy można ot tak po prostu mylić się co do wartości firmy o kilka, kilkanaście milionów złotych? Przecież inwestowano w portal na podstawie jakichś analiz, biznes planów. Ktoś za to odpowiadał, ktoś podejmował decyzje, które dziś wydają się, delikatnie mówiąc, pomyłką. Ktoś powinien ponieść konsekwencje...

A może nie, może to nie były przemyślane decyzje, ale radosna twórczość zarządzających? Ot tak, żeby rozbudzić nadzieje i ożywić kurs. Holding jest wielki, obraca równie wielkimi kwotami, parę milionów w tę albo w tamtą stronę, co za różnica? - powie ktoś. Otóż coraz większa, w masie upadłości liczy się każdy grosik, każdy, który mogliby odzyskać pracownicy, wierzyciele, a na końcu akcjonariusze. Ta reguła dotyczy zresztą nie tylko holdingu. Oczywiście, na razie o upadłości nie ma mowy (choć w grę już wchodzi układ), ale kto wie. Jeśli tak się robi interesy, to wszystko może się zdarzyć. Rewolucja, kiedy pożre własne dzieci, może nabrać apetytu na starszych uczestników rynku. Najwięcej stracą akcjonariusze, bo o tym, by tracili ci, którzy podejmowali decyzje, nic nie słychać. Oni co najwyżej stracili głowę. Dla niej, oczywiście. Dla rewolucji.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama