Wszyscy jednak zapomnieli, że rewolucja pożera swe dzieci. Przy okazji może jednak pożreć i innych. Zbyt nieodpowiedzialnych.
Mój podziw dla biznesu internetowego miał wiele źródeł. Niektóre nie wyschły do dziś. To zabrzmi jak banał, ale tak jest przecież naprawdę: sieć daje niezwykłe możliwości. Staje się nieodzownym narzędziem pracy, jest nieoceniona jako źródło informacji i sposób komunikowania się.
Wielu na tym zarobi, niektórzy już zarabiają. Przecież sieć to nie tylko wirtualna rzeczywistość, to skomplikowana, wciąż rozbudowywana i unowocześniana infrastruktura. Ktoś sprzedaje to, co pozwala ją tworzyć, ktoś inny kupuje. Ale to nie koniec. W telewizji relacje ze skoków Adama Małysza przyciągają telewidzów i reklamodawców (a więc ich pieniądze), w internecie ciekawa treść też może przyciągnąć użytkowników i reklamodawców. Biznes jak każdy, choć pionierski i tym samym bardziej ryzykowny niż, dajmy na to, handel warzywami (mimo że sezonowość nie jest w nim tak wyraźna).
Mój podziw miał także inne przyczyny. Sądziłem bowiem, że technologiczna rewolucja tylko nas muśnie, a my ze swoim zapóźnieniem będziemy musieli poczekać na jej efekty, powoli przyswajając nowe rozwiązania. Okazało się, że jest inaczej. Firmy internetowe wyrastały u nas jak grzyby po deszczu. W sieć chcieli inwestować wszyscy. Portale, wortale, hosting, usługi webowe, data center i inne czarodziejskie zaklęcia zagościły na dobre w serwisach informacyjnych. Wszyscy zapomnieli o ryzyku. Albo też wliczyli je w koszta rewolucji, sądząc, że sami nie będą płacić. Ileż firm nabrało inwestorów w czasie gorączki złota, ile mamiło ich złożami drogocennych kruszców w najbardziej ezgotycznych zakątkach świata, ale przy tym nie brakło też inwestorów, którzy wówczas zarabiali krocie.
No i oczywiście mój szczery podziw budziła, będąca coraz bledszym wspomnieniem, internetowa hossa, przede wszystkim za oceanem, ale u nas także. Wystarczyło użyć słowa internet - w nazwie, planach rozwoju (albo zwijania dotychczasowej działalności), raporcie bieżącym, gdziekolwiek. To działało jak magiczne zaklęcie, jak czarodziejska różdżka, przemieniająca najsłabsze dotąd walory w liderów rynku.