Reklama

Inwestorzy indywidualni wolą kontrakty

Oprócz zaledwie paru egzotycznych spółek, wszyscy zapytani o to, na czym można było zarobić w 2001 r., jednym tchem odpowiadają - "na krótkich". Niezależnie jednak od tego, w co się inwestuje, ubiegłoroczna bessa wszystkim nam sporo zabrała, nawet misiom.

Publikacja: 05.01.2002 08:32

W jej otchłań wpadła część naszych emerytur, oszczędności ulokowanych w funduszach inwestycyjnych czy bezpośrednio w akcjach, zmniejszyła płynność rynku, zabrała kilka firm, portali, odcięła kapitał paru ciekawym inwestycjom i jedyne, co tak naprawdę nam po zeszłym roku zostało, to zapasy miodu w zagrodach niedźwiedzi i rozwinięty rynek terminowy.

Do czego są kontrakty

Dręczy mnie jednak pytanie, czy ten rozwinięty rynek terminowy, to naprawdę taki sukces polskiej giełdy? Sam jestem entuzjastą rynku futures i oczywiście jego rozwój jest na każdej giełdzie bardzo pożądany. Wiele sąsiadujących z Polską parkietów zazdrości nam obrotów i zainteresowania rynkiem terminowym, ale na każdej giełdzie muszą być zachowane pewne proporcje. Proporcje między rynkiem kasowym a rynkiem terminowym. Między inwestorami instytucjonalnymi a drobnymi ciułaczami. U nas tych proporcji brak i takie skrzywienie rynku może trochę martwić.

Zamiast być oczarowanym sukcesem kontraktów na WIG20, warto czasami zastanowić się, do czego służyć mogą kontrakty i jakie powinno być ich miejsce w szeregu na GPW. Spójrzmy, jak to się zaczęło, bo co się z tego dzisiaj zrobiło, każdy dobrze wie. Rynki terminowe istnieją od prawie 200 lat, a ich powstanie było wymuszone potrzebą zabezpieczania się przed niekorzystnymi zmianami cen wielu surowców (np. zboża). Wykorzystywane były nie jako narzędzie do spekulacji, ale do zarządzania ryzykiem. Najpierw ryzykiem w handlu surowcami, później dołączyły do tego inne instrumenty, od walut począwszy, a właśnie na indeksach skończywszy. Patrząc na ten historyczny rys, nietrudno zauważyć, że mówię o rzeczach dla polskiego rynku zupełnie obcych.

Większość inwestorów, słysząc o kontraktach terminowych, nie rozważa innej możliwości, jak szybka spekulacja, której towarzyszy dźwignia finansowa. Jest to oczywiście pewien element rynku, który zapewnia mu odpowiednią płynność i bez którego nie mógłby on funkcjonować. Jest to jednak chyba jedyny motyw zawierania. Znikomy procent transakcji to zabezpieczanie portfela akcji. Niewielu słyszało o hedgingu, a coś takiego jak arbitraż polskiemu rynkowi też jest obce. Kontraktów walutowych, poza grupką entuzjastów, nikt nie wykorzystuje do zabezpieczania się przed ryzykiem walutowym, co akurat w polskich warunkach byłoby rzeczą pożądaną.

Reklama
Reklama

Wszystko sprowadza się więc do tego, że rynek terminowy jest jednym wielkim kasynem gry, na którym dominują transakcje spekulacyjne drobnych inwestorów. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że wartość obrotów rynku terminowego przekracza wartość obrotów na rynku kasowym. Jeśli ktoś uznaje to za sukces, to ja mam trochę inne poglądy.

Takie myślenie i promowanie rynku terminowego przez ostatnie lata doprowadziło (oczywiście, bessa w tym pomogła) do sytuacji, że rynek kasowy zdominowany jest przez instytucjonalnych graczy, a drobni inwestorzy próbują tylko przewidzieć zachowanie największych funduszy, grając na kontraktach, jak Pan i Władca pozwoli.

Gra o sumie ujemnej

Obecnie prawie każdy inwestor wie już, co to są kontrakty i większość wykorzystuje je do lokowania swoich kapitałów. Problemu by nie było, gdyby nie było słowa większość. Rynek ten stał się obecnie dla wielu drobnych inwestorów tak atrakcyjny, że mało kto rozważa możliwości inwestowania w akcje. A z tego dla rynku nic dobrego nie wynika. Po pierwsze, indywidualni inwestorzy tracą ogromne pieniądze, których nie dadzą nowym firmom na rozwój (szczytny cel giełdy - w Polsce zanikający).

Na kontraktach nie można zarobić. To oczywiście zbyt ogólne stwierdzenie, ale całość rynku generuje właśnie straty. Jest to "gra o sumie zerowej", ale w zeszłym roku z rynku do biur maklerskich w postaci prowizji uciekła od inwestorów równowartość prowizji za prawie 7,5 mln szt. obrotu, czyli ponad 100 mln zł. Wprawdzie rynek kasowy dzięki bessie stracił znacznie więcej, ale nie zawsze tak będzie. Na kontraktach natomiast większość będzie tracić zawsze. Odpływ drobnych inwestorów na rynek terminowy spowodował też, że na wielu mniejszych spółkach znacząco spadła płynność.

Mamy też bardzo dużą dysproporcję między siłą funduszy a drobnymi graczami. I to mnie najbardziej martwi. Wiadomo - duży może więcej, ale taka sytuacja powoduje w bardzo wielu wypadkach sztuczne kierowanie rynkiem dla własnych interesów. Ostatnie dwie sesje wyraźnie to pokazują. Oczywiście, każdy ma możliwość zarobku na takim 10-proc. wzroście, ale może go zapoczątkować i wywołać tylko duży gracz, a ten na pewno nie zrobi tego z pustym portfelem.

Reklama
Reklama

Jest jeszcze wiele innych powodów, dlaczego zdominowanie giełdy przez dużych inwestorów nie jest dla nikogo korzystne i nie będę teraz szukał rozwiązań, jak zachęcić indywidualnych graczy do lokowania pieniędzy w polskie akcje. Nie zachęcam do odchodzenia od rynku futures i powrotu do akcji. Sam na razie tego nie robię.

Hossa może pomóc

Wielu sądzi, że hossa sama wszystko zmieni i drobni inwestorzy powrócą większym gronem nie tylko do kontraktów, ale właśnie głównie do akcji. Może i tak będzie, czego życzę rynkowi jak najszybciej, bo obecna sytuacja, w której poziom kontraktów uzależniony jest od przelewów ZUS-u do OFE, a nie wartości spółki określanej przez WIELU!!! uczestników rynku, wydaje mi się daleka od ideału i jeśli tendencja wzrostu znaczenia kontraktów kosztem akcji będzie uważana za ogromny sukces giełdy, to chyba jedynymi europejskimi giełdami, z którymi GPW będzie mogła się połączyć, będzie giełda... derywatów.

Jako analityk nie doradzam kupowania polskich akcji, ale wzorując się na wrześniowym patriotycznym zachęcaniu Amerykanów do ratowania giełdy, warto do tego namawiać, by za rok, budząc się rano nie uzależniać otwarcia kontraktów tylko od przelewów z ZUS-u. Rozwój rynku terminowego bardzo cieszy. Ale handel akcjami został gdzieś daleko w tyle i tak samo jak silnik mercedesa nie pasuje do syrenki, tak nasze kontrakty mają się nijak do podupadającego rynku kasowego.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama