W jej otchłań wpadła część naszych emerytur, oszczędności ulokowanych w funduszach inwestycyjnych czy bezpośrednio w akcjach, zmniejszyła płynność rynku, zabrała kilka firm, portali, odcięła kapitał paru ciekawym inwestycjom i jedyne, co tak naprawdę nam po zeszłym roku zostało, to zapasy miodu w zagrodach niedźwiedzi i rozwinięty rynek terminowy.
Do czego są kontrakty
Dręczy mnie jednak pytanie, czy ten rozwinięty rynek terminowy, to naprawdę taki sukces polskiej giełdy? Sam jestem entuzjastą rynku futures i oczywiście jego rozwój jest na każdej giełdzie bardzo pożądany. Wiele sąsiadujących z Polską parkietów zazdrości nam obrotów i zainteresowania rynkiem terminowym, ale na każdej giełdzie muszą być zachowane pewne proporcje. Proporcje między rynkiem kasowym a rynkiem terminowym. Między inwestorami instytucjonalnymi a drobnymi ciułaczami. U nas tych proporcji brak i takie skrzywienie rynku może trochę martwić.
Zamiast być oczarowanym sukcesem kontraktów na WIG20, warto czasami zastanowić się, do czego służyć mogą kontrakty i jakie powinno być ich miejsce w szeregu na GPW. Spójrzmy, jak to się zaczęło, bo co się z tego dzisiaj zrobiło, każdy dobrze wie. Rynki terminowe istnieją od prawie 200 lat, a ich powstanie było wymuszone potrzebą zabezpieczania się przed niekorzystnymi zmianami cen wielu surowców (np. zboża). Wykorzystywane były nie jako narzędzie do spekulacji, ale do zarządzania ryzykiem. Najpierw ryzykiem w handlu surowcami, później dołączyły do tego inne instrumenty, od walut począwszy, a właśnie na indeksach skończywszy. Patrząc na ten historyczny rys, nietrudno zauważyć, że mówię o rzeczach dla polskiego rynku zupełnie obcych.
Większość inwestorów, słysząc o kontraktach terminowych, nie rozważa innej możliwości, jak szybka spekulacja, której towarzyszy dźwignia finansowa. Jest to oczywiście pewien element rynku, który zapewnia mu odpowiednią płynność i bez którego nie mógłby on funkcjonować. Jest to jednak chyba jedyny motyw zawierania. Znikomy procent transakcji to zabezpieczanie portfela akcji. Niewielu słyszało o hedgingu, a coś takiego jak arbitraż polskiemu rynkowi też jest obce. Kontraktów walutowych, poza grupką entuzjastów, nikt nie wykorzystuje do zabezpieczania się przed ryzykiem walutowym, co akurat w polskich warunkach byłoby rzeczą pożądaną.