Rynek gra wszystkim na nosie - tym razem upokorzył zajmujących krótkie pozycje, w ciągu ledwie dwóch sesji demolując ich portfele. Oczywiście niezadowoleni (tzn. ci, którzy się nie załapali lub - o zgrozo - zajmowali przeciwne do eksplodującego rynku pozycje) powiedzą zaraz, że to nie żaden rynek, tylko spisek, skoordynowana akcja wrażych sił, analityków, OFE, funduszy zagranicznych itd. I pewnie jakaś część prawdy w tym jest (na małym, płytkim rynku wystarczy skorelowane działanie kilku dużych funduszy i mamy jazdę). Po raz kolejny wyraźnie wzrasta poziom agresji.

"Prowokacja", "ta lista to obóz PARKIETU" - grzmiał w piątek oburzony internauta, zawiedziony pewnie brakiem impulsów przeciw rajdowi cen w czasie sesji. Oceniano także tytuł komentarza "Atak byków", usiłując wmawiać, że przecież wykresy pokazują marazm. No, ładny marazm. Dycha w dwa dni. Daj Panie Boże dłuższy okres takiego marazmu...

Najbardziej rozbawił mnie jednak pełen pretensji post "kto łyknął Ele i komu to miało służyć". Idąc tym tropem rozżaleni błyskawicznymi wzrostami gracze mogą zapytać "skąd te zwyżki, kto za nimi stoi i komu to służy". Jedno jest pewne - dogodzenie naszej braci inwestorskiej jest praktycznie niemożliwe. Powody do jęczenia znajdą się zawsze i przy każdym trendzie. Może to i ludzkie. Szkoda tylko, że jak ludzie tracą nerwy (i pieniądze), to zaczynają pleść bzdury w tak marnym stylu. Ale dycha w górę w dwa dni przy krótkiej pozycji to faktycznie musiało być arcystresujące doświadczenie. Zresztą przy odwróceniu trendu historia się znowu powtórzy. Nie można wykluczyć, że w czołówce zawodowych krytyków wszystkiego znów znajdą się ci sami, którzy nie mogą przeżyć czwartkowo-piątkowej ostrej jazdy.