Zagranica też nie chciała na to pożyczyć pieniędzy, więc banki trzeba było zamknąć - tłumaczy Mladjan Dinkić, prezes jugosłowiańskiego Banku Narodowego. "Między Nowym Rokiem a prawosławnym Bożym Narodzeniem (7 stycznia) wydarzyło się finansowe trzęsienie ziemi" - pisał we wtorek belgradzki "Danas". "Te banki są martwe od lat, ale nie było dotąd nikogo, kto wyprawiłby im pogrzeb" - mówi Dinkić, który jest uważany za sprawcę zamknięcia banków. Na znak protestu przeciw temu posunięciu jugosłowiański minister finansów Jovan Ranković podał się do dymisji. "Dinkić nie zdałby u mnie egzaminu, nie jest specjalistą od spraw finansów, to laik" - mówi Ranković i sugeruje, że ekipa prezesa Banku Narodowego działa "w obcym interesie". Unikając nazywania rzeczy po imieniu, konserwatywny Ranković daje do zrozumienia, że "obcymi zleceniodawcami" są międzynarodowe instytucje finansowe, które wymusiły na Belgradzie zastosowanie wobec zmurszałego systemu finansowego "terapii wstrząsowej". Opinię tę podziela opozycja, wołając głośno o "wyprzedaży majątku narodowego" zagranicznym bankom. Przedstawiciel Banku Światowego w Belgradzie twierdzi, że rząd jugosłowiański nie miał innego wyjścia i że dla zbankrutowanych banków po prostu nie było ratunku. Zoran Djindjić, reformatorski premier Serbii, zarzuca byłym szefom zbankrutowanych banków, że sami podpisali na nie wyroki śmierci, kiedy - kierując się względami politycznymi - ustępowali pod presją reżimu Slobodana Miloszevicia, udzielając kredytów, o których wiedzieli, że nie będą mogły zostać spłacone. Djindjić żąda pociągnięcia do odpowiedzialności tych "bankierów Miloszevicia". Personel zamkniętych banków od tygodnia siedzi zabarykadowany w filiach w całym kraju, nie dopuszczając syndyków masy upadłościowej do skarbców. Na 10 stycznia pracownicy banków zapowiedzieli wielki wiec protestacyjny.
(PAP)