Perspektywy rosyjskiego rynku kapitałowego nigdy nie były bardziej różowe - twierdzą analitycy banku inwestycyjnego Renaissance Capital. The future is bright, the future is orange - można użyć znanego sloganu reklamowego jednej z wielkich sieci komórkowych. Przyszłość usłana różami, rewelacyjne okazje do inwestowania. A Polska niech się schowa ze swoimi siermiężnymi spółkami, maleńkim ryneczkiem, zapaścią gospodarczą i raptem kilkudziesięcioma milionami konsumentów. Niestety, w ten landrynkowy pejzaż zapatrzeni są faceci decydujący, czy miliardy dolarów swoich klientów utopić tu czy tam. I wszystko wskazuje na to, że raporty wychwalające pod niebiosa zalety rynku rosyjskiego robią swoje. Zresztą trudno się dziwić - Rosja i Chiny kuszą wielkich tego świata setkami milionów potencjalnych nabywców dóbr i usług. W tym wielkim wyścigu po kapitał i tym samym - po sukces - Rosja jest znowu naszym konkurentem. Bez agresywnego zabiegania o względy City i Wall Street Rosjanie połamią nam żebra. Nasz problem polega na tym, że - choćbyśmy bardzo chcieli - nie możemy wyprodukować tak kuszącego raportu analitycznego jak ten made by RC. Bo wskaźniki ostatnich lat świadczą dobitnie o załamaniu gospodarczym. Czego nie omieszkują wypominać instytucje promujące rynek rosyjski.
Rok 2002 będzie rokiem rosyjskiego rynku akcji - prognozuje Renaissance Capital. Analitycy przyznają, że teza może wydawać się cokolwiek śmiała z uwagi na to, że Moskwa - według nich - jest już od dwóch lat najlepszym rynkiem akcji spośród parkietów wschodzących. Twierdzą jednak, że po raz pierwszy od roku 1995, czyli od czasu gdy wystartował RTS, nigdy nie było okoliczności tak sprzyjających dynamicznym wzrostom jak obecnie. Dlatego RC uważa, że do końca br. indeks RTS osiągnie poziom 400 punktów.
Z zawartej w raporcie RC pouczającej tabeli porównującej wyceny spółek z różnych regionów wynika, że w Rosji praktycznie wszystko jest tanie i może być tylko droższe. I to o wiele droższe. Dyskonto sięgające 70-90% względem analogicznych spółek musi robić wrażenie. Zwłaszcza jeśli pamięta się o tym, że w zeszłym roku - gdy nasz WIG testował nowe minima - rosyjski indeks RTS rwał na północ, w tempie 70% per annum. No więc z perspektywy okolic Kremla jest pięknie. Warszawa, mimo spadków, jest droga. Co więcej, nasze wskaźniki makro wyglądają arcyponuro przy radosnych wieściach z moskiewskiego odpowiednika GUS-u. I dlatego cash będzie sobie płynął szerokim, wesołym strumieniem na rosyjską giełdę. Pchając indeks RTS w kierunku prognozowanego przez RC na koniec br. poziomu nawet 400 punktów. Szczerze życzę specom z City i Wall Street by się ponownie mocno poparzyli. Bo miłość do Moskwy ze sceny politycznej zaczyna się ewidentnie przenosić na teoretycznie pozbawioną sentymentów platformę gospodarczą. A to jest raczej mało obiecujący policy mix.
Z raportu RC wynika jedno, zapewne niedoceniane przez zachodnich rusofilów zagrożenie - jeśli my uważamy, że mamy kłopoty z kłótniami akcjonariuszy, to Rosjanie dopiero mają problem. Przy analizach wielu spółek pojawiają się uwagi o tym, do kogo owe spółki faktycznie należą. I potwierdza się teza o podziale Rosji między zamożnych oligarchów. A dość kuriozalnie brzmią dywagacje o tym, który prezes jest czyim człowiekiem. Coś jak w polskich spółkach Skarbu Państwa. Tyle że zdecydowanie mniej śmiesznie. To zresztą zmusiło ogólnie tryskających optymizmem analityków do bardzo negatywnej oceny perspektyw Aerofłotu, o który walczy rosyjski skarb państwa i jeden z możnowładców tamtejszego rynku - Roman Ambramowicz.
Rosja robi wrażenie. I na pewno musi działać na wyobraźnię zarządzających z Zachodu. O jednym radzę nie zapominać. Różowe scenariusze pisano dla Rosji także ładnych kilka lat temu. Wielu w nie uwierzyło, kupując - jak się potem okazało - niemal bezwartościowe obligacje państwowe. Dewaluacja rubla i praktyczne bankructwo państwa rosyjskiego pokazało im dobitnie, ile są warte rosyjskie deklaracje. Coś o tym wiemy. Nie zmienia to faktu, że do Rosji płyną i popłyną miliardy. Koledzy z City i Wall Street o to zadbają. Zresztą sama twarda ręka i sukcesy prezydenta Putina wydają się wystarczającą pożywką dla spodziewanej rosyjskiej hossy w 2002 r.