Gwałtowną poprawę sytuacji na światowych rynkach akcji, do której doszło w ciągu minionego tygodnia, trudno uznać za wielką niespodziankę (chociaż ja sam ożywienia spodziewałem się dopiero począwszy od końca marca) w świetle serii ostatnich danych makroekonomicznych z USA, które zmusiły ekonomistów do formułowania prognoz nawet 5-proc. tempa wzrostu amerykańskiego PKB w I kw. Niewątpliwym zaskoczeniem jednak okazała się odpowiedź naszego rynku na to polepszenie globalnej koniunktury. W przeciwieństwie do zachowania rynków, w Pradze i Budapeszcie, krajowa reakcja na lokalny szczyt średniej przemysłowej Dow Jones, najbardziej dynamiczną od 10 lat krótkoterminową zwyżkę Nikkei 225 (+21,5% od 6 lutego) czy też osiągnięcie przez indeksy giełd europejskich poziomów szczytów z początku roku okazała się bardzo anemiczna (dopiero czwartkowa sesja nieco poprawiła ten obraz).

Nasza giełda zachowała się w ostatnich dniach w sposób charakterystyczny raczej dla korekt bessy. Zwraca uwagę fatalna szerokość naszego rynku. A/D-line konsekwentnie pogłębia 9-letnie minimum, co nijak nie przypomina zdrowego (zbieżnego z indeksem) zachowania tego wskaźnika na początku poprzedniej hossy z lat 1998-2000. Również najniższy od października poziom zwykle wiarygodnego wskaźnika, jakim jest McClellan Summation, wystawia naszemu rynkowi niezbyt dobre świadectwo. Jakkolwiek w przypadku kontynuacji dobrej koniunktury na świecie spadająca szerokość naszego rynku nie przeszkodziłaby zapewne wspinaniu się WIG20 na wyższe poziomy, to jednak zjawisko to należy potraktować jako ostrzeżenie, że powtórka optymistycznego dla akcji scenariusza sprzed 3 lat może nie być taka łatwa.