W pierwszej części dnia okupowaliśmy okolice 9,9% powyżej parytetu. Na otwarciu dolar kosztował 4,145 zł a euro 3,648 zł i takie poziomy obowiązywały aż do 13.00. Dopiero wtedy przeważył popyt, który zaprowadził nas pod koniec dnia na 4,11 i 3,628 zł, a więc na 10,5%.

Złotemu pomogły dwa czynniki. Po pierwsze, rząd ustami ministra spraw zagranicznych potwierdził, że będziemy się starali wejść do UE w 2004 roku. Po drugie, prezydent Aleksander Kwaśniewski powiedział, że nie poprze zmian w ustawie o NBP.

Podaż pieniądza wzrosła w lutym o 0,2%. To nie jest zła informacja. Jednak gdy przyjrzymy się dokładnie poszczególnym składowym okazuje się, że wcale nie jest tak dobrze. Po pierwsze, nadal spada dynamika depozytów. Jeszcze w lipcu 2001 roczny wzrost sięgał 20%, w lutym br. było już tylko 7,9% (w styczniu 9,4%). Po drugie rośnie zadłużenie sektora budżetowego. W styczniu wynosiło ono 66,06 mld zł, w lutym już 68,19 mld zł. Jak porównamy to z informacjami sprzed roku, to okazuje się, że zadłużenie wzrosło o 50% (w lutym br. mieliśmy 45,62 mld zł).

Co wobec tego zrobi Rada Polityki Pieniężnej? Z całą pewnością nie są to dane, które zwiększają prawdopodobieństwo obniżki stóp procentowych.

Z drugiej strony, jeśli inflacja w najbliższych miesiącach znacznie spadnie (pojawiły się prognozy, że zbliży się do 2,5% rok/rok) stworzyć to może, przynajmniej teoretycznie, przestrzeń dla cięcia. Jeśli jednak doszłoby do niego nie można wykluczyć podwyżki stóp pod koniec 2002 roku lub na początku 2003 roku.