Problem jest głębszy, niż same ideowe etykietki. Na progu lat 90. nie tylko etykietki, ale także treści przemian w Polsce i w Unii Europejskiej były zbieżne. Po obu stronach Odry trwały reformy, a ich sednem była prywatyzacja i liberalizacja. Na progu XXI wieku, kiedy aspirujemy do Unii, powinno być jeszcze więcej podobieństw. Warto zatem porównać ustalenia szczytu w Barcelonie ze strategią rządu w Warszawie.
W Barcelonie postanowiono, że w 2004 roku, czyli wtedy, gdy zapukamy do bram Unii, każde przedsiębiorstwo będzie miało swobodny wybór dostawcy elektryczności i gazu. Miało to pójść jeszcze dalej, dając swobodę użytkownikom prywatnym, ale hamulcowym okazała się Francja, która dopiero rozmontowuje swoje publiczne monopole w energetyce. Ponadto uzgodniono szybkie ujednolicenie rynków finansowych, zwiększenie mobilności rynku pracy oraz obniżenie podatków obciążających pracę.
Stałym hasłem, ponawianym od lat, jest poprawa konkurencyjności Europy w zakresie nowych technologii. Jak z tego wynika, liberał z jego wiarą w wolność gospodarczą nie jest tam traktowany jako wróg publiczny. Mimo że Unia Europejska rządzona jest w większości przez socjaldemokrację. Recepty na sukces szuka się przede wszystkim w wolności gospodarczej i przedsiębiorczości.
W tym samym czasie antyliberalna fala w Polsce jest w przypływie. Większość zgadza się na kapitalizm państwowy i bierze stronę związków zawodowych w sporze o kodeks pracy. Lewica nie ma wyboru - musi liberalizować ustawodawstwo pracy wbrew związkom zawodowym, gospodarkę deregulować zaś wbrew branżowym lobby. Konsultacje ze związkami zawodowymi zawiodły i okazały się stratą czasu. Jeśli jednak zmierzamy do większej mobilności na rynku pracy, to jej przesłanką są nie tylko przepisy kodeksowe. Ważna jest większa dostępność mieszkań na wynajem. Tymczasem program poprzedniego rządu, który miał temu sprzyjać, został właśnie zlikwidowany. Ważne jest wyjście z zaułka wąskiego szkolnictwa zawodowego. Tymczasem reforma edukacji została zahamowana. Zamiast programu liberalizacji gospodarczej, mamy aktywny nadzór właścicielski, zamrożenie sektora publicznego i generalny wzrost interwencjonizmu. To się nawet podoba szerokiej publiczności, przestraszonej bezrobociem i stagnacją, ale idzie w odwrotnym kierunku, niż postanowił szczyt w Barcelonie, gdzie przecież też chodziło o ożywienie gospodarki i lepszy rynek pracy.