W ostatnich latach kilka europejskich giełd papierów wartościowych zdecydowało się na wydłużenie sesji, aby skorzystać finansowo na dobrej koniunkturze panującej na rynkach akcji.

Jednak bessa dominująca już od połowy 2000 r. spowodowała, że większość rynków, a także m.in. fundusze grające na giełdzie, starają się teraz ograniczać koszty dokonywania transakcji. - Koniunktura na rynkach jest nie najlepsza, jakość życia się pogarsza. Moim zdaniem, przekonanie, iż dłuższa sesja daje większe możliwości zarobku, jest błędne - twierdzi, cytowany przez Bloomberga, Martin Ekers. Argumentuje też, że podczas tzw. wydłużonego czasu trwania sesji obserwowane znacznie mniejsze obroty bardzo często przyczyniają się do wypaczenia kursów akcji.

Martin Ekers wystosował listy do kilku czołowych giełd papierów wartościowych w Europie, w których domaga się, by skróciły o godzinę, trwające obecnie najczęściej 7,5 godziny, sesje. Podkreśla też, że 6,5-godzinna sesja byłaby i tak o 1 godzinę dłuższa niż na największej światowej giełdzie - New York Stock Exchange. Morley, który jest jednostką należącą do giganta ubezpieczeniowego CGNU, szuka też poparcia wśród domów maklerskich i banków inwestycyjnych.

W grupie tej znalazły się m.in. Goldman Sachs, Deutsche Bank, Merrill Lynch i Cazenove. Dotychczas jednak instytucje te nie zareagowały na prośbę o wsparcie w tej sprawie.

W kierownictwach giełd również niejednoznacznie ocenia się możliwość skrócenia sesji. Niedawno Deutsche Börse, która ma najdłuższą sesję w Europie, do godz. 20.00 zapowiedziała zdecydowanie, że nie ulegnie naciskom miejscowych brokerów i nie skróci czasu notowań. W październiku ub.r. sesję skróciła natomiast giełda sztokholmska, zaś uczynienie tego samego zapowiedziały w dwa miesiące później Helsinki.