Koniec day-tradingu
Załóżmy, że 1 stycznia 2004 r., kiedy kończy się zwolnienie giełdy z podatku, wprowadzony zostaje podatek od obrotu. Efekt tego taki, że z dnia na dzień z polskiej piaskownicy zabawki zabierają najbardziej aktywni inwestorzy, czyli day-traderzy. Jest to grupa inwestorów, która chcąc wykorzystać fluktuacje cen w ciągu dnia, często kilka razy otwiera pozycję i stara się wyłapać nawet najmniejsze ruchy cenowe.
Mimo że inwestorów takich uznaje się raczej za spekulujących wariatów, to wszyscy są im bardzo wdzięczni. Dlaczego? Zapewniają oni kontraktom na indeks WIG20 odpowiednią płynność, która pozwala składać zlecenia o dużej wartości, bez niekorzystnego wpływu na notowania. Dla wielu inwestorów to właśnie płynność rynku jest podstawowym kryterium przy wyborze instrumentu. Takie spekulacyjne transakcje umożliwiły rozwój rynku kontraktów na WIG20 do tego stopnia, że stał się on ostatnio obiektem westchnień i marzeń giełd naszego regionu, a nawet niektórych zachodnich sąsiadów. W jakim marazmie pogrąża się rynek bez day-traderów, widać najlepiej na przykładzie kontraktów na akcje lub inne indeksy.
Dlaczego day-traderzy wygineliby po wprowadzeniu podatku od obrotu? Zobaczmy to na przykładzie. Załóżmy, że inwestor 4 razy otwierał danego dnia długą pozycję. Za każdym razem było to 50 kontraktów i na każdej transakcji zarabiał 7 pkt. po zapłaceniu prowizji. Tuż przed końcem sesji liczył na złe dane makroekonomiczne i otworzył krótkie pozycje za prawie całość dostępnego kapitału, czyli, powiedzmy, 200 sztuk. Zamknął inwestycje na końcowym fixingu i uwzględniając prowizje stracił 6 pkt. Cały dzień kończy więc z zyskiem tylko 1 pkt. Jeden punkt to 10 zł, ale jeśli pomnożymy to przez liczbę kontraktów, jakimi obracał, to wychodzi nam pokaźny zysk 2000 zł. Tylko na tej jednej sesji jego obrót wyniósł 400 szt.
Nie wiemy, ile miałby wynosić ewentualny podatek od obrotów, ale jeśli zostałby wprowadzony, to z zysku zapewne nic by prawie nie zostało lub nawet przekształciłby się w stratę. Jest to i tak bardzo optymistyczna wersja, bo w podanym przypadku końcowy wynik jest dodatni. Wiadomo natomiast, że większość inwestorów traci i jeśli ich straty zwiększane byłyby jeszcze przez podatek, to z pewnością szybko zrezygnowaliby z tej formy inwestycji lub po prostu zbankrutowali. W przypadku kompensacji zysków i strat, zapłacenie podatku od zarobionych 2000 zł jest czystą przyjemnością i może jedynie wywołać grymas na twarzy, ale na pewno nie odstraszy od rynku aktywnych inwestorów.