Jeśli przyjmiemy, że rynek kapitałowy to kurnik, a jaja to giełdowe spółki, okaże się, że tegoroczny koszyk jest bardzo skromny. Nie za bardzo jest w czym przebierać. No, może w ilości jeszcze się jako tako trzymamy (choć ostatnio coraz więcej jajek poza koszyk wypada), ale z jakością i urodą jest coraz gorzej. Dlatego też klienci interesują się tylko kilkoma, może kilkunastoma dobrze rokującymi jajami. Reszta to albo zbuki, albo wydmuszki. Obracanie tymi ostatnimi sprawia jednak pewnej kategorii koneserom dużą przyjemność. Są bowiem lekkie i z niedużym wysiłkiem można nimi żonglować. Nigdy nie wiadomo, w czyich dłoniach rozpadnie się ich krucha skorupka, co wzajemnemu podrzucaniu nadaje dreszczyk emocji. Niestety, niektóre jeszcze nie tak dawno dobrze rokujące jajka (m.in. tak lubiane i rekomendowane przez zagranicę jak Elektrim czy Netia) przy bliższym przyjrzeniu, okazały się nie dorodnymi, dużymi jajami kurzymi, ale małymi jajkami kurek liliputek. W dodatku nie wiadomo, czy w ogóle coś się z tych jaj wykluje, gdyż żółtka albo są pozastawiane, albo właśnie sprzedawane. I tutaj przytoczę stare, lekko zmodyfikowane porzekadło - im bardziej skorupka za młodu nasiąknie (zobowiązaniami) - tym bardziej na starość cuchnie i tym samym traci na wartości. O tym, że pod skorupką dzieje się złego, powinien informować badający, co jakiś czas, jajka audytor. Z jakością badania jest jednak różnie, o czym świadczy ostatni upadek z dużej wysokości jaja zwanego Enronem. Nie dość, że kompletnie się roztrzaskało, to jeszcze po rozbiciu pozostał niesamowity smród, który zdołał nawet zasłużonego, starego, badającego doktora powalić i udusić.
Pyta jedna kura drugiej. Co teraz robi twój stary? A wiesz, trochę grzebie przy samochodzie... Ci grzebiący przy samochodach (finansach) to koguty (banki), doglądające co jakiś czas i kur i wysiadywanych jajek. To przecież od ich jakości i wielkości zależy prestiż koguta. Jeśli zdarzy się, że wyczują, iż z jajka będzie mały pożytek i zaczyna trącać, choć tyle zainwestowały w opiekę i wysiadywanie, to czasem wolą coś dla siebie wcześniej wydziobać, by chociaż same kubki smakowe żółtkiem nacieszyć, a nie czekać aż jajko samo się zepsuje albo, co gorsza, upadnie.
Najgorsze jest jednak to, że brak jest nowych, dużych płynnych jaj, a chętnych na nie brakuje. Nawet państwowy dostawca, na którego można było do tej pory liczyć, odmawia w tym roku współpracy. Podobno za zleżałe zbuki mamy dostać drobne fragmenty jaj zagranicznych (w formie polskich kwitów depozytowych), ale nie jest to takie pewne. Z drugiej strony, takie protezy żółtek nie będą miały większego sensu, biorąc pod uwagę fakt, że coraz łatwiej można obracać zagranicznymi jajami w innych, atrakcyjnych kurnikach.
A i w samym krajowym kurniku dzieją się niezłe jaja, gdyż zaczyna mieć on coraz większe problemy. Sytuacja przypomina mi dowcipną historyjkę o tym, jak w dziupli kukułek wykluło się (oczywiście) z jajek nowe potomstwo. Wszystko było w porządku do momentu, gdy rodzice postanowili, że czas je usamodzielnić. Okazało się, że z jednego jaja wyskoczył na świat żółwik. Biedak próbował tak jak siostry i bracia nauczyć się latać. Maleństwo rozkładało łapki, odbijało się od drzewa i próbowało szybować. Po każdym uderzeniu w ziemię z powrotem mozolnie wdrapywało się na pień. Zatroskani rodzice siedzieli na drzewie i patrzyli na heroiczne wysiłki. Ojciec kukułka w końcu nie wytrzymał i rzekł do żony: - Wiesz, tak mi go szkoda, powiedzmy mu wreszcie, że jest adoptowany.
Jeszcze dwa lata temu na hucznych urodzinach naszego żółwika (GPW) wręczano nagrody i wyróżnienia. Rodzice byli naprawdę dumni. Ale już wtedy w kuluarach mówiono, że coś jest z nim nie tak, że może jest i ładny, ale ładny inaczej. Obecnie wszyscy obawiają się adopcji. Bo co zrobią nowi, zagraniczni rodzice? Czy będą go uczyć latać, by samodzielnie rósł na dużego ptaka? A może przygarną go i dokonają najgorszego - podzielą najsmaczniejsze mięsko i zjedzą, a ze skorupki zrobią popielniczkę? Obecni rodzice mają zatem nie lada problem. Tym bardziej że zewsząd słychać ponaglenia, że coś z tym problemem trzeba jak najszybciej zrobić. Może trzeba wynająć pomysłowego trenera? Żółwik robi się bowiem coraz cięższy i szanse, że się nauczy kiedykolwiek dobrze latać, maleją. Zatroskana jest też rodzina - ciocie (KDPW, KPWiG) i wujkowie (domy maklerskie). Od żółwika zależy bowiem po części szczęście ich wszystkich. Ja również jestem zatroskany. Bo czuję do niego dużą sympatię i, jako kronikarz, żyję z opisywania jego dziejów.