Meble z tanich Chin w szwedzkim sklepie to tylko jeden problem. Bo tego samego dnia miałem okazję dokręcać nogi do niemieckiego stołu kupionego w niemieckim, meblowym hipermarkecie. A Niemcy teoretycznie nie powinni być tani. A są, o czym świadczyła niska cena owego stołu. Po wspomnianym hipermarkecie zresztą widać najlepiej ekspansję niemieckich producentów. Do tego jeszcze francuskie jogurty, izraelskie ziemniaki, amerykański serek. Wszystko niby fajnie, ale...
To dobrze, że mamy wybór rozmaitych towarów. Teoretycznie, wolny rynek powinien wymuszać wyższą efektywność. Tymczasem, gdybyśmy popatrzyli na Polskę jak na gigantyczną firmę, sprawa wygląda kiepsko. Nie umiemy produkować. Nie umiemy sprzedawać. I przegrywamy z kretesem w brutalnej, globalnej wojnie handlowej. Dobitnie świadczą o tym fatalne wyniki szeregu firm giełdowych. Inna sprawa, że swoje robi także brak świadomości samych konsumentów.
Nawoływanie do kupowania polskich towarów nie działa chyba na nikogo. Teraz Polska? Jak widać, chyba nie bardzo. Ale, żeby zakończyć jakoś weselej, warto zauważyć, że policja i straż graniczna dostaną broń z Łucznika. I przypomnieć, że trzeba trzymać kciuki za sfinalizowanie zapowiedzianego kontraktu z Malezją w sprawie sprzedaży naszych czołgów. Mam nadzieję, że nie zablokują go "miłujące pokój" i zazdrośnie strzegące rynku militariów imperia zbrojeniowe (głównie Rosja i USA) lub jacyś nawiedzeni pacyfiści. Najwyższa bowiem pora, by, zamiast bać się eskalacji napięcia, wzorem najbogatszych - zacząć wreszcie zarabiać na wojnie.
Trzymajmy kciuki także za to, by nowe samoloty, na które wojsko czeka od lat, także pochodziły - przynajmniej w części - z polskich montowni. Co byłoby chyba ważniejsze od konsumowania polskich jogurtów.