Otóż okazuje, że po pięciu latach oszczędzania, rezygnując z płacenia składek i wycofując pieniądze, otrzymalibyśmy średnio 15% więcej niż wpłaciliśmy. Z wyliczeń przeprowadzonych przez "Rzeczpospolitą" wynika, że wpłacając pieniądze w tym samym czasie na lokatę bankową, dostalibyśmy 50% więcej niż wpłaciliśmy. Tłumaczenie towarzystw ubezpieczeniowych jest w takiej sytuacji klasyczne - gdyby nie zrywać lokaty, tylko regularnie wpłacać pieniądze do emerytury, to po pewnym czasie otrzymalibyśmy dużo więcej niż wpłaciliśmy. Zatem, tak jak to już przerabialiśmy (i wciąż przerabiamy), liczy się długi termin. Tyle tylko, że jedyną znaną mi metodą zarabiania w długim terminie jest osiąganie zysków w krótkim terminie. Nie muszą to być zyski wysokie (nie muszą bić benchmarków), ale ważne, żeby zawsze bądź prawie zawsze, było do przodu. Dlatego, jeśli po pięciu latach zarządzający naszymi pieniędzmi powiedzą nam, że teraz zysków jeszcze nie ma, ale w długim terminie to będzie w porządku, zmieńmy zarządzających. Natychmiast!
Tylko czy mamy jakiś wybór? Nie bardzo! W większości, a być może nawet we wszystkich instytucjach zajmujących się zarządzaniem pieniędzmi napotykamy ten sam schemat. Celem polityki inwestycyjnej jest powiększanie wartości aktywów. Żeby do celu tego dojść gładko, wyniki zarządzający porównują do różnego rodzaju benchmarków, które (w przypadku inwestowania w akcje lub akcje i inne instrumenty finansowe) składają się najczęściej z jakiegoś indeksu rynku akcji i bonów skarbowych, pomieszanych w odpowiednich proporcjach*. Gdy zarządzający radzą sobie lepiej od benchmarku, bez względu na to, czy oznacza to stratę, czy zysk, to wszystko jest w porządku. Jeśli nie biją benchmarku, to czasem nie dostają premii, a czasem okazuje się, że benchmark jest źle dobrany.
Krótką drogą zmierzam do wypływającego czasem tematu zarządzania pieniędzmi przez osoby prywatne, nie związane z instytucjami, a być może nie posiadające stosownych papierków potwierdzających swoją wiedzę. W uproszczeniu chodzi o to, żeby na podstawie zwykłej umowy, takiej jakich wiele zawieramy w życiu, Kowalski mógł oddać Nowakowi (albo firmie Nowaka) pieniądze w zarządzanie. To w końcu Kowalskiego problem, co robi ze swoimi pieniędzmi.
Takie rozwiązanie nie spełnia żadnych norm bezpieczeństwa - zakrzykną oburzeni strażnicy pieniędzy Kowalskiego. Nowak może przecież podjąć fatalne decyzje inwestycyjne i wszystko bądź przynajmniej większość stracić albo po prostu uciec z powierzoną mu gotówką. Kto poniesie odpowiedzialność za poniesione straty? Kto da Kowalskiemu gwarancje, że Nowak jego pieniędzy w ten czy inny sposób nie przepuści. Oczywiście, nikt nie da. Tylko czy obecnie funkcjonujący model jakieś gwarancje rzetelności usług daje? Kto w tej chwili ponosi konsekwencje nieudanych posunięć zarządzających?
Większość gwarancji, wymagań, licencji i ograniczeń sprawia, że rynek (zasada ta w żaden sposób nie omija zarządzania pieniędzmi) zaczyna źle funkcjonować, staje się niedostępny dla wszystkich chętnych, a koszty tego ponoszą klienci. Jednocześnie nieuzasadnione korzyści czerpią z takiej sytuacji ci, którzy te licencje, gwarancje i tym podobne wymagania spełniają.