Wśród firm giełdowych nie brak sporów, procesów, konfliktów, gry interesów i rozmaitych praktyk, które z modnym ostatnio corporate governance niewiele mają wspólnego. Firmy giełdowe to w większości duże przedsiębiorstwa, okrzepłe, na rynku poczynające sobie śmiało, znane i nierzadko bogate. Takie, które stać na procesy, których zarządy rzadko się martwią o to, czy znajdą pieniądze na prawników i czas na przeciągające się dyskusje na walnych, które konflikty między akcjonariuszami "wpisują" w ryzyko publicznej działalności, a w razie kłopotów finansowych mogą sięgnąć dość szybko do kieszeni inwestorów.
Przedsiębiorstwa niepubliczne są już w nieco gorszej sytuacji, ale najgorzej mają małe firmy. Ta smutna, choć dla wielu pewnie oczywista, teza przyszła mi do głowy nie bez powodu. Moje publikacje spowodowały, że jedna ze spółek giełdowych poczuła się obrażona. Wprawdzie spółka ta ustami rzecznika w tychże publikacjach obficie wypowiadała się na temat prezentowanych w nich informacji, ale rozumiem, że lepiej by było, aby tych informacji w ogóle nie było.
Nie w tym jednak rzecz, kto i dlaczego poczuł się obrażony. Publikacje spowodowały bowiem lawinę telefonów. Zwykle rozmówcami byli drobni przedsiębiorcy, związani z różnymi giełdowymi i nie tylko firmami, którzy cieszą się, że ktoś ujął się za nimi lub generalnie za grupą "najmniejszych i najbardziej pokrzywdzonych". Giełdowy światek przyzwyczajony jest do milionów, a nawet miliardów. Ale dla małych firm, dla ich właścicieli i pracowników, a także kontrahentów znaczenie, i to poważne, mają dziesiątki i setki tysięcy złotych. Dla niektórych odzyskanie np. 50 tys. zł długu to być albo nie być. Inne muszą się pogodzić z utratą 200 tys. zł, bo akurat osłabła koniunktura i nie mają dość pieniędzy, by iść do komornika, choć starczyło środków na uzyskanie prawomocnego wyroku. Jeszcze inne mają kłopot, bo podpisały kontrakt, nie dostały ani złotówki, ale muszą zapłacić od umowy podatek. Owszem, będą mogły później to rozliczyć, ale wcześniej muszą uzyskać oświadczenie komornika, że ściągnięcie dla nich pieniędzy od nierzetelnego dłużnika nie jest możliwe.
Coś więc w systemie szwankuje. Jeśli najwięcej miejsc pracy mają dawać małe i średnie firmy, jeśli one napędzać mają wzrost gospodarczy, to czarno widzę. Potrzebne są szybkie i proste procedury, umożliwiające im dochodzenie swoich racji, efektywny i tani wymiar sprawiedliwości, przejrzyste regulacje biznesowe i rozwiązania, które ochronią słabszych (co nie znaczy przecież gorszych) przed silniejszymi. Nie oczekuję rozwlekłych strategii i sążnistych raportów rządowych, wystarczy na początek np. lista dziesięciu konkretnych zmian dotyczących podatków, procedury sądowej i egzekwowania należnych małym firmom pieniędzy. Jakich zmian? Mali przedsiębiorcy wiedzą najlepiej. Służę adresami i telefonami.