W latach 70., gdy nastąpił gierkowski cud gospodarczy, PRL chętnie korzystała z kredytów i pożyczek, które później szły m.in. na budowę np. Huty Katowice, kopalń (w tym na Lubelszczyźnie), fabryk, portu itp. Wpompowane w gospodarkę pieniądze wypływały potem na rynek w postaci pensji, co skutkowało wzrostem dochodów i zamożności społeczeństwa. Wtedy to Polacy przesiedli się na maluchy. Potem było gorzej - długów spłacić się nie dało, doszło do zawieszenia ich obsługi, a w kraju do permanentnego właściwie kryzysu lat 80.
Obrońcy tamtego okresu wskazują, iż zaciągane wtedy kredyty szły na inwestycje, które w wielu przypadkach służą do dziś. A teraz? Nie ma sztandarowych budów kapitalizmu - no, może poza warszawskim metrem, a fabryki albo się zamyka, albo buduje za pieniądze inwestorów prywatnych, głównie zagranicznych. Co się więc stało z gigantyczną kwotą 220 mld zł?
- Zostały przejedzone, wszystkie, co do ostatniej złotówki - uważa Janusz Jankowiak, główny ekonomista BRE Banku. - Zostały wydane przez budżet na wydatki socjalne - powiedziała Katarzyna Zajdel-Kurowska, ekonomistka Banku Handlowego. - To aż przerażające, jakie dotacje idą do państwowych funduszy socjalnych.
Długi kopalń i szpitali
Pieniądze szły np. na podtrzymywanie nierentownych firm. Wiele z nich w minionej dekadzie zabnkrutowało, ale jest też sporo takich, których byt do tej pory jest nie zagrożony - np. kopalnie. Wysokie zatrudnienie i wysokie koszty produkcji, zwłaszcza w konkurencji ze znacznie tańszym poza Polską węglem, powodowały, iż do każdej tony węgla trzeba było dokładać. A dokonywało się to w ten sposób, że kopalnie nie płaciły podatków, składek na ZUS, kar, itd., itp. To, czego się nie dało pozyskać poprzez daniny publiczne, trzeba było pożyczyć. Długi kopalń pozostają nie spłacone do tej pory, a biorąc pod uwagę wszystkie operacje oddłużenia itd., łącznie można szacować je na grube dziesiątki miliardów złotych.