Reklama

Jak przejedliśmy 220 mld zł

Od początku transformacji państwo zadłużyło się na ok. 160 mld zł. Do tego trzeba doliczyć jeszcze 60 mld zł wpływów z prywatyzacji. Co się stało z tymi pieniędzmi? Odpowiedź jest prosta - zostały przejedzone.

Publikacja: 20.04.2002 09:36

W latach 70., gdy nastąpił gierkowski cud gospodarczy, PRL chętnie korzystała z kredytów i pożyczek, które później szły m.in. na budowę np. Huty Katowice, kopalń (w tym na Lubelszczyźnie), fabryk, portu itp. Wpompowane w gospodarkę pieniądze wypływały potem na rynek w postaci pensji, co skutkowało wzrostem dochodów i zamożności społeczeństwa. Wtedy to Polacy przesiedli się na maluchy. Potem było gorzej - długów spłacić się nie dało, doszło do zawieszenia ich obsługi, a w kraju do permanentnego właściwie kryzysu lat 80.

Obrońcy tamtego okresu wskazują, iż zaciągane wtedy kredyty szły na inwestycje, które w wielu przypadkach służą do dziś. A teraz? Nie ma sztandarowych budów kapitalizmu - no, może poza warszawskim metrem, a fabryki albo się zamyka, albo buduje za pieniądze inwestorów prywatnych, głównie zagranicznych. Co się więc stało z gigantyczną kwotą 220 mld zł?

- Zostały przejedzone, wszystkie, co do ostatniej złotówki - uważa Janusz Jankowiak, główny ekonomista BRE Banku. - Zostały wydane przez budżet na wydatki socjalne - powiedziała Katarzyna Zajdel-Kurowska, ekonomistka Banku Handlowego. - To aż przerażające, jakie dotacje idą do państwowych funduszy socjalnych.

Długi kopalń i szpitali

Pieniądze szły np. na podtrzymywanie nierentownych firm. Wiele z nich w minionej dekadzie zabnkrutowało, ale jest też sporo takich, których byt do tej pory jest nie zagrożony - np. kopalnie. Wysokie zatrudnienie i wysokie koszty produkcji, zwłaszcza w konkurencji ze znacznie tańszym poza Polską węglem, powodowały, iż do każdej tony węgla trzeba było dokładać. A dokonywało się to w ten sposób, że kopalnie nie płaciły podatków, składek na ZUS, kar, itd., itp. To, czego się nie dało pozyskać poprzez daniny publiczne, trzeba było pożyczyć. Długi kopalń pozostają nie spłacone do tej pory, a biorąc pod uwagę wszystkie operacje oddłużenia itd., łącznie można szacować je na grube dziesiątki miliardów złotych.

Reklama
Reklama

Nieco inny mechanizm panował w służbie zdrowia. Szpitale zadłużały się na potęgę, kupując mniej czy bardziej potrzebny sprzęt, bo bieżące dotacje szły na cienkie pensje. Następnie tymi długami można było płacić podatki (co ciekawe, często korzystały z tego rozwiązania kopalnie), co doprowadziło do osławionej hodowli długów (weksel od szpitala dostawca odsprzedawał firmie, która na rok wkładała go do sejfu, aby kwota pierwotna ładnie się powiększyła o karne odsetki, a potem sprzedawała dalej). Doprowadziło to do 8 mld zł długu, które państwo spłaca do tej pory (nie licząc tego, co spłaciło wcześniej czy też dostało w postaci "podatków"). A żeby spłacić zobowiązania placówek służby zdrowia, należało pieniądze pożyczyć.

Ubezpieczenia

społeczne kosztują

Innym sposobem wkładania pieniędzy w kieszenie Polaków są wydatki socjalne. Zaczęło się od zasiłku dla bezrobotnych, potem jednak powstał cały system dotowania osób zagrożonych bezrobociem. Osobom w wieku przedemerytalnym umożliwiano przejście na wcześniejsze emerytury, co zaowocowało sporym wzrostem deficytu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Inną metodą ochrony przed plagą bezrobocia są zasiłki przedemerytalne.

Osobnym rozdziałem w historii pomocy społecznej III RP jest rolnicze ubezpieczenie społeczne, czyli KRUS. Rolnicy byli jedną z tych grup, które najwięcej straciły na transformacji. Spadł poziom ich dochodów. W rezultacie w wielu przypadkach głównym źródłem utrzymania rodzin na wsi stały się emerytury i renty z KRUS-u. Jednak składki na ten cel płaci znikomy odsetek rolników, co powoduje, iż KRUS utrzymywany jest prawie w całości z kasy państwa, które rokrocznie przeznacza na ten cel więcej pieniędzy niż na dofinansowanie ZUS-u. Pieniędzy uzyskanych m.in. z podatków dochodowych, których rolnicy nie płacą.Budżetówka pochłania

coraz więcej

Reklama
Reklama

Innym źródłem narastania długu publicznego są płace w budżetówce. Przede wszystkim, państwo, czy to przez organy rządowe czy też administrację publiczną, było jedynym pracodawcą, który zwiększał zatrudnienie. Poza tym mechanizmy podwyższania płac, powodujące ich realny wzrost (przewyższający inflację), powodowały wzrost sum przeznaczanych na wynagrodzenia. System ten uderzał z kolei w firmy, które musiały podwyższać wynagrodzenia swoim pracownikom, czy to aby ich utrzymać czy też aby uniknąć strajków. W rezultacie zamożność Polaków mocno wzrosła w latach 90., znowu opłacona w znacznym stopniu przez pożyczone pieniądze.

Większe płace oraz wyższe ceny żywności podbijały inflację, co powodowało z kolei konieczność wydawania większych kwot na indeksację płac czy emerytur (przykład roku 2000, gdy zbyt wysoka inflacja spowodowała konieczność dołożenia ok. 5 mld zł w roku następnym do rent i emerytur), co przekładało się na coraz większe deficyty budżetowe i coraz szybszy wzrost długu publicznego.

Życie na kredyt o mało co nie skończyło się w ub.r., gdy nagle okazało się, iż deficyt budżetowy może sięgnąć aż 90 mld zł. Proces jego ograniczania rozpoczął rząd Jerzego Buzka, a zakończył go obecny gabinet. I nagle okazało się, iż znowu metodą pobudzenia gospodarki będzie zadłużanie się. Nie doszło bowiem do redukcji rozbuchanych wydatków socjalnych, odsunięto w przyszłość pomysł opodatkowania rolników (którzy wcześniej dostali dodatkowe wpływy dzięki ryczałtowemu zwrotowi VAT), a deficyt sięgnął poziomu dotąd nie notowanego. A rząd na dodatek planuje rozpędzić gospodarkę dzięki emisjom czy to obligacji na budowę autostrad, czy poprzez tanie kredyty mieszkaniowe, co zapewne znowu odbije się na poziomie zadłużenia.

A co by było, gdyby...

Gdybanie nie jest rzeczą, którą ekonomiści chętnie się zajmują. A na dodatek trudno byłoby sobie wyobrazić sytuację, w której pierwsze budżety transformacji skonstruowane byłyby bez deficytu czy wręcz z nadwyżką, która szłaby na spłatę zadłużenia zagranicznego. - Trudno, poza Trzecim Światem, znaleźć kraj, w którym nie byłoby rynku papierów skarbowych - powiedział Krzysztof Rybiński, główny ekonomista BZ WBK. - Poza tym, na początku lat 90. Polska była w recesji i zrównoważenie budżetu oznaczałoby konieczność mocnego cięcia wydatków, w tym socjalnych. W rezultacie nie było to praktycznie możliwe.

Gdyby jednak doszło do tak znacznej redukcji wydatków, które doprowadziłyby do zrównoważenia budżetu, państwo nie wypychałoby firm i osób fizycznych z rynku kredytów. To zaś mogłoby oznaczać większe wydatki inwestycyjne, czyli szybszy i - w długim terminie - bardziej bezpieczny rozwój kraju. Poza tym w kieszeniach obywateli zostawałoby więcej pieniędzy, gdyż państwo nie byłoby obarczone coraz większymi kosztami obsługi powiększającego się zadłużenia.

Reklama
Reklama

Niskie wydatki państwa odbiłyby się na poziomie świadczeń socjalnych, ale przede wszystkim spowodowałyby bądź ograniczenie, bądź likwidację mechanizmów indeksacyjnych, czyli krótszy byłby proces dochodzenia do niskiej inflacji, a płace rosłyby wolniej. Niskie koszty pracy i wyższe inwestycje oznaczałyby zaś wyższą konkurencyjność gospodarki, która lepiej radziłaby sobie na rynkach międzynarodowych.

- Być może, gdyby przez te ostatnie 11 lat budżet był zrównoważony lub osiągał nadwyżkę, PKB na głowę, który obecnie wynosi 4 tys. USD, sięgałby teraz 5 tys. USD - powiedział K. Rybiński.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama