Rynek, poruszający się od początku lutego w męczącym trendzie bocznym, znalazł się niebezpiecznie blisko wsparcia, jakie stanowi strefa 1285-1300 pkt. Poziom ten bronił się już kilkakrotnie, można jednak mieć wątpliwości, czy będzie tak i tym razem. Niepokój wynika z faktu, iż ostatnio pierwszoplanowe role na parkiecie grają bohaterowie negatywni.

Odrzucenie układu przez wierzycieli Elektrimu wprowadziło na giełdę zrozumiałą nerwowość, choć właściwie można było przewidzieć taki rozwój wypadków. Teraz Elektrim, niegdyś sztandarowa spółka GPW, do czasu ostatecznych rozstrzygnięć pozostanie domeną graczy o najsilniejszych nerwach. Trochę to smutne, ale to nie pierwsza firma balansująca na krawędzi i z całą pewnością nie ostatnia. Wyniki krajowych firm od długiego czasu nie zachwycają, a jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że audytorzy przybici wizją upadającego Arthura Andersena będą mieli oczy bardzo szeroko otwarte, to może się okazać, że zadowalające zyski to sprawa dość odległa. Są wprawdzie pierwsze sygnały ożywienia gospodarczego (zarówno u nas, jak i za granicą), ale wydaje się, że to jeszcze zbyt wątłe podstawy do długofalowego optymizmu, zwłaszcza jeśli wspomnimy różne podatkowe pomysły rządu usiłującego na każdym kroku sięgać do naszych kieszeni. Optymizmu nie widać też w poczynaniach inwestorów giełdowych, którzy w większości przyjęli postawę wyczekującą. Jednak nieco większa aktywizacja podaży może doprowadzić do przełamania wsparć i w konsekwencji spowodować spadek WIG20 przynajmniej o 50 punktów.