Powinno być coś o pracy, bo za nami 1 maja. No, więc będzie. Otóż, zdrowo się uśmiałem, słysząc gdzieś w radiu opinię jakiegoś "speca" renomowanej instytucji międzynarodowej, który sugerował, że galopujące bezrobocie w Polsce świadczy o restrukturyzacji i modernizacji. No więc, według niego, po prostu cacy. A moim skromnym zdaniem, nasze bezrobocie świadczy głównie o fatalnej kondycji gospodarki i braku konkurencyjności międzynarodowej naszych firm.
Jakoś nie przemawia do mnie przy tym teza, że się tak ładnie restrukturyzujemy i modernizujemy. Coraz więcej z nas nie ma pracy. Pomimo teoretycznie zmniejszającej się w ten sposób presji płacowej, jakoś nie widzę tych tłumów biznesmenów wyławiających rzesze tańszych (bo zdesperowanych) pracowników. Widzę za to strach wielu przedsiębiorców, dla których olbrzymie bezrobocie jest sygnałem, że z inwestycjami trzeba ostrożnie. Bo może nikt nie będzie miał za co kupować produktów i korzystać z usług. Dość racjonalna w takiej sytuacji jest więc nieodparta pokusa prewencyjnych zwolnień. I koło się zamyka.
Tak sobie myślę, że tok rozumowania wspomnianego "speca" można przedstawić mniej więcej tak: teraz bezrobocie rośnie, firmy się odchudzają, efektywność rośnie, ale potem będzie lepiej. A dla mnie pocieszanie kogoś, że właściwie powinien być zadowolony, bo chorując wraca do zdrowia to raczej kiepski pomysł. Proste widzenie świata i używanie zachodnich czy amerykańskich analogii do naszych warunków też dobrym pomysłem nie jest. Bo kawał drogi nas dzieli od tamtych gospodarek i tamtych społeczeństw. Nie wyłączając kwestii mentalnych.
Z tym polskim bezrobociem nie jest tak fajnie, jak wyobrażają sobie chyba niektórzy teoretycy z Zachodu. Nasze bezrobocie jest naprawdę niebezpieczne. Ludzie są kompletnie niemobilni, przywiązani do spółdzielczych mieszkanek w swoich miastach i miasteczkach czy do czasem biednych, ale własnych, gospodarstw na wsi. I jakoś trudno wyobrazić sobie, by w szybkim tempie przekonali się do tego, że jedynym rozwiązaniem jest przeprowadzka za pracą. A praca do nich nie przyjdzie. Bo przecież im więcej ludzi bez dochodów, tym mniejsze szanse na zainstalowanie choćby sklepów.
Obawiam się jednak scenariusza utrwalenia wysokiego poziomu bezrobocia na długo. I to takiego bezrobocia, które samo siebie będzie jeszcze napędzało. Z którym nie poradzi sobie cherlawa gospodarka - niechby nawet rosła o 2-3% rocznie. To wszystko za mało. Módlmy się tylko, byśmy się nie obudzili za kilka lat w kraju z fawelami, dzielnicami porażającej nędzy tuż obok sektorów względnego dobrobytu. Módlmy się, by przepaści nie rosły ponad miarę. Socjalizm? Nic z tych rzeczy. Zwykły strach przed rewoltą.