NFI chętnie kupują własne akcje. Falami, czyli czasem więcej, czasem mniej. W ostatnim czasie raczej więcej, przynajmniej niektóre. Może to i dobrze - niewiele mają lepszych pomysłów na działalność. Ale im bardziej się temu przyglądam, tym więcej ogarnia mnie wątpliwości.
Niektóre zakupy przekonują, iż NFI zamierzają konsekwentnie stosować w praktyce korzystną dla nich interpretację naszej świętej ustawy o Publicznym obrocie. Świętej, bo dla rynku fundamentalnej. Strzeżonej pilnie przez Wielkie Oko.
Funduszom nie mam tego za złe. Robią to, co uważają za stosowne i korzystne. I to nie ich wina, że prawo nagina się jak młoda gałązka na wiosnę. Raz w tę, raz w inną stronę. Wielkie Oko widzi wszystko i rozważa, ale co może uczynić bez pierścienia władzy, który pozwoliłby na określenie granic swobodnego interpretowania przepisów. Więc i tu nie sposób stawiać jakieś zarzuty.
Ale czegoś szkoda. Szkoda, że można drobnego inwestora wystawić do wiatru. Wiadomo, biednemu wiatr zawsze w oczy wieje. Okazuje się, że na rynku też.
Akcje własne są nieme. Nie dają ich emitentowi prawa głosu na WZA. Spółka może je kupować bez przeszkód, niestraszne jej progi i wezwania. Pierwszych nie przekracza, bo dotyczą głosów na WZA, a te przecież spółce nie przysługują. Wezwań nie musi ogłaszać, bo... kupuje akcje nieme, a w wezwaniach o zebranie odpowiedniej liczby głosów chodzi. I tak koło się zamyka. Nawet najwyższe progi spółce niestraszne, bo skoro ich nie przekracza, to nie musi na to przekroczenie dostawać zgody. Do tego sprowadza się korzystna dla NFI interpretacja naszej świętej ustawy. Jakie to ma znaczenie w praktyce? Choćby takie, że fundusz może handlować własnymi papierami tylko z wybranymi inwestorami w transakcjach pakietowych, a drobnica niech się cieszy z tego, bo - czy chce czy nie chce - zostaje z akcjami, które są, a przynajmniej powinny być, coraz więcej warte.