W fabryce DaimlerChryslera w Sindelfingen przerwa w pracy rozpoczęła się już na nocnej zmianie w niedzielę. Związkowcy zapowiadają, że do końca tygodnia akcja strajkowa ma rozszerzyć się na 50 dalszych zakładów. Celem protestu jest podwyżka płac o 6,5%. Negocjacje płacowe załamały się w kwietniu po tym, jak pracodawcy zadeklarowali możliwość podwyżek nie większych niż o 3,3%. Działacze związkowi odrzucili tę ofertę, nazywając ją "prowokacją". Inflacja w Niemczech spadła w kwietniu do 1,6% z 1,8% w marcu.
Spółka Beru, której klientami są m.in. General Motors i Nissan, produkuje dziennie 9 tysięcy rozruszników do silników diesla. Teraz jej szefowie boją się, że tradycyjni odbiorcy zmniejszą zamówienia. W Beru nigdy jeszcze nie było strajków. Wartość dziennej sprzedaży spółki sięga pół miliona euro. - Jeśli strajk będzie się przedłużał, to odwołań zamówień można spodziewać się bardzo szybko. To najgorszy z możliwych czas na strajki - powiedział prezes firmy Ulrich Ruetz.
Największa europejska gospodarka z trudem próbuje wyjść z pierwszej od ośmiu lat recesji - wskaźnik zaufania przedsiębiorców spadł w kwietniu po raz pierwszy od pół roku. Strajki mogą zniechęcić pracodawców do zwiększania zatrudnienia, co byłoby ciosem dla kanclerza Schroedera, ubiegającego się o ponowny wybór w głosowaniu zapowiedzianym na wrzesień. Schroeder zaapelował bowiem do elektoratu, by docenił jego sukcesy w walce z bezrobociem. Według najnowszych badań opinii publicznej, przewaga jego partii nad opozycją stopniała do 6 punktów procentowych. - Strajk może nie być jeszcze gwoździem do trumny ożywienia, ale na pewno nie przyczyni się do zwiększenia zaufania do biznesu - powiedział agencji Bloomberga Volker Nitsch, ekonomista z Bankgesellschaft Berlin.