Kilkumiesięczny marazm daje się mocno we znaki. Obojętnie, czy ktoś zajmuje się day-tradingiem, czy jest inwestorem średnioterminowym, nie ma ostatnio zbyt wielu okazji do zarobku.
Wcześniej przez wiele miesięcy dobijała nas silna bessa, a teraz inwestorów męczy koszmar marazmu. Zatęchły rynek bez wątpienia warto szybko przewietrzyć. Trzeba się jednak zastanowić, czy wydłużenie handlu i nowy stół do ruletki rozwiążą problemy rynku kapitałowego?
To dość naiwne myślenie. Wprowadzanie nowych instrumentów jest, oczywiście, ze wszech miar pożądane, ale to tylko kroplówka podtrzymująca GPW przy życiu. Wydaje się, że ekscytacja możliwościami, jakie dają pochodne, i ich szybkim rozwojem przysłania niekiedy przedstawicielom giełdy prawdziwe potrzeby rynku kapitałowego.
Odbyła się ostatnio konferencja naukowa, na której debatowano m.in. o przyszłości polskiego rynku finansowego. Jednym z gości był wiceprezes GPW. Skoro była mowa o przyszłości rynku finansowego, nie mogło obyć się bez planów giełdy. Piotr Szeliga znany ze swej bezpośredniości powiedział krótko: "Idziemy w pochodne".
Uzasadnienie było dość jasne. Po pierwsze: spółki osiągają coraz gorsze wyniki, przez co atrakcyjność inwestycji znacznie maleje. Po drugie: Polacy lubią pochodne. A po trzecie - dotychczasowy rozwój tego rynku okazał się sukcesem i przychód z opłat transakcyjnych stanowi ok. 40% wpływów GPW. Jako entuzjasta wszelkich instrumentów pochodnych powinienem oczywiście się ucieszyć. Kontrakty na nowe akcje, zagraniczne indeksy, amerykańskie spółki - Eldorado każdego spekulanta.