Poranna lektura środowej prasy obfitowała w komentarze i dyskusje na temat rządowego raportu otwarcia i skutków (a raczej ich braku) jego przedstawienia. Jakby nie dość było atrakcji, oliwy do ognia dolał wicepremier Belka, mówiąc o tym, co musi złoty. Oczywiście "złoty musi być słabszy", stopy "muszą być niższe", a stąd już bardzo blisko do stwierdzenia, że "wzrost gospodarczy musi być wyższy". Zatem nasz rynek powinien wyjść z założenia, że nie ma się co martwić, tylko trzeba rosnąć, no bo jak coś "musi", to pewnie tak będzie.

Niestety, tak różowo nie było. Mimo otwarcia "na plusie" (1296 pkt.), nastroje do południa systematycznie się pogarszały. Z odsieczą przybyły PKN, KGHM, TP SA, dzięki którym indeks powrócił do poziomu 1300 pkt., gdzie, mimo wysokiego otwarcia w USA (Nasdaq Comp. + 3,3%), w odpowiedzi na wyniki Cisco, nastąpiło spotkanie z niedźwiedziami. Walka o zamknięcie zakończyła się ich zwycięstwem, o czym świadczy indeks na poziomie 1297,95 pkt.

Patrząc na czynniki okołorynkowe, trudno oprzeć się wrażeniu wykorzystywania przez rząd tematów zastępczych. Bo czymże jest populistyczny "raport otwarcia", w którym w dodatku nie wspomina się o krewnych rządzących polityków. Czym jest nawoływanie do (wątpliwych pod względem skuteczności, a niewątpliwie kosztownych) interwencji na rynku walutowym. Sytuacja, w której (według testu koniunktury przeprowadzonego przez "Puls Biznesu") najbardziej dokuczliwym dla przedsiębiorców czynnikiem w gospodarce są zatory płatnicze (38%), a na kolejnych miejscach są problemy z wypełnieniem portfela zamówień (26,5%) oraz rynek i koszty pracy (12,5%), bezlitośnie obnaża potrzebę reform strukturalnych oraz wpływ dekoniunktury (szczególnie w Niemczech) na naszą gospodarkę.