- Spalę spekulantów w ogniu wysokich stóp procentowych - grzmiał przed laty jeden z azjatyckich bankowców centralnych, tuż przed tym, jak kurs jego waluty spłonął w ogniu paniki i szerzącego się niemal błyskawicznie kryzysu. Zamiast spekulantów w mgnieniu oka płonęły miliardy dolarów rzucane na rynek w celu obrony tonącego kursu walutowego. Przypominam o tym dlatego, że - zastanawiająco silnie - w ostatnich dniach wracają ciągoty za interwencjami walutowymi i apele o akcję NBP. A brzmią one jak wołanie na puszczy. Walutowej.
Minister finansów Marek Belka ruszył do totalnej ofensywy, zaklinając już nie tyle naszą walutę, ile bank centralny. I prowokuje nawet dyskusję o tym, co jest kosztowniejsze - ewentualne interwencje na rynku walutowym czy negatywny wpływ gospodarczy utrzymującej się mocnej pozycji złotego (ze wskazaniem na to, iż drożej wypada tolerowanie silnej waluty). I choć zgadzam się generalnie z tezą, że - z punktu widzenia gospodarczego - złoty jest za silny, to do znudzenia będę powtarzał, że interwencje byłyby desperacką próbą leczenia skutków, a nie przyczyn choroby, jeśli za taką uznamy zbyt wysoki kurs złotego. Bo jego siła wynika przecież z napływu kapitału portfelowego i wysokich stóp procentowych. A te wynikają m.in. z olbrzymiego apetytu budżetu na pieniądze (emisja długu w postaci bonów i obligacji!) i kiepskiej polityki fiskalnej ostatnich lat.
Siedzenie nad walutowym kociołkiem i zaklinanie kipiącej strawy, by wyszło z niej coś innego niż wynika to ze składników, jest zadaniem godnym mistrzów voo-doo. Ale w gospodarce raczej nie ma wielkich szans powodzenia. Apele i głośno wyrażane przez polityków opinie o kursie złotego pachną szamaństwem. Na krótką metę może się udać - rynek może się po prostu wystraszyć. Ale im więcej takich apeli, tym mniejszą mają one siłę. A warto je zachowywać na sytuacje naprawdę niebezpieczne. Szkoda że tak łatwo przychodzi politykom gra tą kartą. Kiedyś może jej zabraknąć, bo opinie się zdewaluują i nikt nie będzie się nimi już przejmował. Zresztą - powtórzmy - nie tędy droga! O konkurencyjność gospodarki zabiegajmy niskimi podatkami, niską i stabilną inflacją, zdyscyplinowanym budżetem, zdrowymi finansami publicznymi i - jako wynik - niskimi stopami procentowymi. Do interwencji na rynku walutowym można uciekać się w sytuacjach nadzwyczajnych, mając jednak świadomość, iż w bojach z brutalnym rynkiem wielokrotnie przegrywały banki centralne różnych krajów. I pamiętając, że ktoś musi za to zapłacić. Ktoś - czyli NBP. Bank centralny, czyli my wszyscy.
Niepokoić może styl polskiej "dyskusji" o złotym i stopach procentowych. Za dużo w tym i emocji, i desperacji. I nachalnego osaczania NBP. Czynienie z Rady Polityki Pieniężnej - w oczach opinii publicznej - ośrodka wszelkiego zła gospodarczego to kiepska koncepcja. Zetną RPP, stłamszą NBP. I gdzie potem poszukają kozła ofiarnego? Bo przecież problemy wcale nie znikną. Przynajmniej do czasu ewentualnego wejścia do Unii Europejskiej. Bo wtedy będzie już niezwykle wygodny kozioł ofiarny. Winnych poszukają bowiem w Brukseli.