Muszę zacząć od historyjki opisanej przez Michaela Santoli w tygodniku "Barron's". Otóż przypomina on jak to jeden z wybitnych koszykarzy amerykańskich śmiał się, iż przez lata zgłosiło się do niego łącznie jakieś 25 tysięcy osób, twierdzących, iż widziało, jak bił rekord, zdobywając w jednym meczu sto punktów. No więc, ponieważ ten mecz sprzed 40 lat nie był transmitowany przez telewizję, wyczyn ów widziało nie 25 tysięcy, ale dokładnie 4 tys. 124 osoby. Reszcie się zdawało albo świadomie przypisała sobie uczestnictwo w tym historycznym wydarzeniu. Konfabulacja, zmyślanie albo po polsku - zwykła ściema. Takie lekarstwo na stres. I kształtowanie własnego image.
Na rynku kapitałowym jest podobnie. Niepowodzenia na giełdzie, czasem wieloletnie, część graczy usiłuje powetować sobie fantazją. Stąd wiele opowieści o genialnych fajerwerkach inwestycyjnych i niesłychanym wręcz wyczuciu rynku. Jeśliby tak podsumować wszystkie takie historyjki, to okazałoby się pewnie, że giełda to finansowe perpetuum mobile. Bo nikt nie traci, a wszyscy zarabiają...
Z dużym rozbawieniem obserwuję popisy elokwencji prawdziwych i wymyślonych inwestorów Elektrimu. Jak śmiał się jeden z uczestników naszej listy dyskusyjnej, czasem jest tak, że wszyscy rozmówcy - po informacji jednoznacznej dla kursu (dobrej czy złej, nieważne) twierdzą twardo, że są oczywiście po właściwej stronie rynku. I zarobią, rzecz jasna. Niczym gadki z sali dogrywek - w internecie prześcigają się gawędziarze, opowiadający, że oni wszystko dawno już przewidzieli. Tacy wszyscy genialni, mądrzy... Aż dziwne, że większość taka dziwnie zestresowana i sfrustrowana. Zresztą dotyczy to także wielu innych spółek. Trudno opanować śmiech, jeśli ktoś "promujący" ukochane przez siebie papiery z satysfakcją pisze "a nie mówiłem", gdy kurs wzrośnie o kilka procent. Po uprzednim wielotygodniowym spadku...
Przyszłości, także tej giełdowej, przewidzieć nie sposób. Można snuć projekcje, scenariusze w oparciu o konkretne założenia. Pamiętając, że przecież nie ma ŻADNEJ możliwości zagwarantowania, że założeń owych szlag nie trafi choćby już w pięć minut po ich sformułowaniu. Zgrywanie genialnego, bo nieomylnego twardziela jest zwyczajnie śmieszne. Choć bywa jednocześnie zabawne. Zwłaszcza jeśli - dzięki mechanizmowi funkcjonowania list dyskusyjnych - można ściemniaczom wypomnieć, że zupełnie inne inwestycje deklarowali ileś tam miesięcy temu. Wykręcić się więc trudniej niż na zadymionej papierosami sali dogrywek w biurze maklerskim...
Z bajaniem można iść oczywiście znacznie dalej. Wspomniany na początku koszykarz twierdził na przykład, że przespał się z - bagatelka - 20 tysiącami kobiet. Osobiście czułbym do niego wielki szacunek (i jeszcze większą zazdrość), gdyby nie to, że trochę mi się w to nie chce wierzyć. Podobnie zresztą jak w opowieści o krociowych zyskach giełdowych i trafnych decyzjach w każdej sytuacji. Choć - z drugiej strony - nawet jeśli ów mocarz koszykówki (i nie tylko koszykówki...) spał przynajmniej z częścią tej armii kobiet, do których się przyznaje, to... Cóż, chylę czoło. W porównaniu z tym wyczynem sto punktów w jednym meczu czy seria genialnych inwestycji giełdowych to zupełna betka. A z zazdrości może aż faktycznie skręcać.