Awantury między RPP a rządem zaczynają mnie drażnić. Przede wszystkim dlatego, że obie strony używają mocno wytartych, praktycznie wykluczających porozumienie argumentów. Rząd twierdzi, że ostra, wzmacniająca złotego polityka pieniężna (czyli wysokie stopy procentowe) tłumi wzrost gospodarczy, co powoduje konieczność zwiększania deficytu. Aż się nasuwa pytanie - czy panowie ministrowie serio chcieliby stóp procentowych na poziomie 3-4%? A kto wtedy kupiłby nasze papiery skarbowe?
Z drugiej strony RPP wysokie stopy procentowe - a także mocnego złotego - tłumaczy dużym deficytem budżetowym, który wysysa oszczędności sektora prywatnego, pobudza inflację i powoduje napływ kapitału do Polski.
Tak się to toczy od pewnego czasu. Rząd, i to nie tylko ten, chciałby doprowadzić do wzrostu gospodarczego w najprostszy sposób, a RPP zachowuje się, jakby od razu chciała nam zapewnić raj w czystej, ekonomicznej postaci. Żeby się zorientować, że tak się nie da, nie trzeba być profesorem ekonomii. Wystarczy spróbować odłożyć kilkaset złotych, żeby wiedzieć, że potrzebna jest do tego odpowiednia kombinacja: dochodów i wydatków (czyli polityka fiskalna), koniecznych cięć w budżecie domowym (reformy strukturalne) oraz stóp procentowych w bankach (polityka pieniężna).
Tak samo nie trzeba być profesorem ekonomii, żeby wiedzieć, że zbyt silny złoty szkodzi gospodarce, podobnie jak zbyt duży deficyt budżetowy i dług publiczny. Dlatego podejrzewam, że z obu tych czynników zdają sobie sprawę ekonomiści, zgrupowani w NBP i rządzie. Tylko nie do końca mogę pojąć, dlaczego nikt z tej wiedzy nie robi użytku.
Mam nieodparte wrażenie, że sporo w tym winy RPP, która zapadła na chorobę niezależności. Nagle okazało się, że w Radzie jest grono mędrców, którzy wiedzą wszystko najlepiej i którym nikt nie może niczego ani dyktować, ani sugerować.