Patrzę, przecieram oczy, jeszcze raz patrzę i nie mogę uwierzyć. Ludzie, na GPW rośnie!!!! I to jak rośnie. Jak na drożdżach rośnie. Nasze kochane, umęczone trendem bocznym spółki nagle odżyły i ich kursy poszybowały w czwartek w górę niczym wskrzeszone czarodziejską różdżką Harry`ego Pottera. Co się stało? Może rozpoczęła się globalna hossa? Być może polskie firmy pokazały rewelacyjne wyniki kwartalne? A może RPP obcięła stopy do zera? Nie. Wieść gminna niesie, że akcje zaczęła kupować "zagranica" pod wpływem... I tutaj, Drogi Czytelniku, możesz sobie wpisać jakiekolwiek mniej lub bardziej prawdopodobne uzasadnienie. Choć wszyscy już prognozują powrót koniunktury gospodarczej w II półroczu (podobnie jak przed rokiem), ja fundamentalnych powodów nie widzę. Ale to mało ważne, gdyż z faktami się nie dyskutuje. Po prostu indeks pnie się w górę, "mordując" finansowo wszystkich tych, którzy zajęli krótkie pozycje. Krew się z niedźwiedzi leje. Byki obstawiające wzrost zyskały znacząco na wadze. Giełda i biura maklerskie się cieszą, bo obrót napędza prowizje. Media mają o czym pisać. Skarb Państwa zaciera ręce, gdyż pakiety akcji, jakimi szczodrze ostatnio dokapitalizował parę państwowych firm, zyskują na wartości. Emeryci klaszczą, bo ich jednostki w OFE są więcej warte. Spółki zmierzające na giełdę (Kruk, ITI) liczą, że ten porywisty powiew optymizmu na giełdzie to zapowiedź prawdziwego wiatru, który pomoże korzystnie sprzedać ich akcje na rynku pierwotnym.

Większość z gwałtownego wzrostu, który może być początkiem hossy, powinna być przecież zadowolona. Dlatego też, by zapewnić przez jak najdłuższy czas niemal powszechny stan szczęśliwości, należy wzrost wywołać. Jak to się robi? Przepis jest banalnie prosty.

Do sporządzania mikstury zapewniającej gwałtowne odbicie musimy mieć odpowiednio spragniony tego rynek z inwestorami, którzy, chcąc nie chcąc, pomogą nam w przedsięwzięciu, odpowiedni czas i odpowiednią gotówkę. Warszawa jest obecnie idealnym terenem takiej operacji. Czas także, gdyż osłabienie złotego było idealnym momentem do zamiany dewiz na polską walutę. Dysponując śmieszną, jak na zachodnie warunki, sumą np. 100 mln USD, można wywołać co najmniej jednodniowy gwałtowny popyt indeksu w Warszawie. Nie ryzykujemy wiele, gdyż dobrze wiemy, że rodzime OFE nie mogą obok takiego ruchu przejść obojętnie. Możemy spokojnie założyć, że jeśli zobaczą duży i "szeroki" (z udziałem wielu dużych spółek) wzrost, będą chciały się do niego przyłączyć, by nie pozostać za burtą. W ubiegłym roku, gdy jazdę "kolejką" w górę rozpoczęły największe fundusze, na kolejnych stacjach do wagonów wsiadały mniejsze fundusze, a dopiero potem zagranica. Tym razem kolejność wsiadania może być odwrotna. Sygnał w czwartek poszedł z Londynu i trafił na podatny grunt, gdyż w piątek przy wysokich obrotach nadal wsiadano do wagonów. Jak się to skończy?

Wyjścia jak zwykle są dwa. Albo wchodzący ostro w czwartek i piątek będą twardzielami i przytrzymają skupione papiery, co ograniczy podaż i przyczyni się do dalszej zwyżki indeksu napędzanego popytem polskich funduszy i drobnych inwestorów. Albo (jeśli weszli krótkoterminowo i spekulacyjnie) "oddadzą" akcje właśnie wsiadającym do pociągu w przekonaniu, że biorą udział w początku fali nowej hossy, kasując całkiem pokaźny zysk. Tego drugiego scenariusza jeszcze tak widowiskowo nie ćwiczono na polskim rynku. Jeśli przedstawiona spiskowa teoria ma mieć sens, to właśnie kupujący w czwartek pod koniec piątkowej sesji zamykali pozycje i po jednorazowym "wystrzale z Aurory" wrócimy z indeksem do punktu wyjścia. Mam jednak nadzieję, że ostatnia zwyżka na indeksie, obojętnie czy ma spekulacyjny charakter czy też nie, zapoczątkuje trwalszą tendencję na rynku. Trendu bocznego wszyscy już mamy już serdecznie dość.