W odróżnieniu np. od Stanów Zjednoczonych, zdecydowana większość krajów Europy umożliwia, dzięki umowom międzynarodowym, obywatelom mieszkającym na dłużej poza ich granicami płacenie podatków od dochodów (osiągniętych zarówno w rodzinnym kraju, jak i poza nim) według przepisów obowiązujących w kraju pobytu. Wydawać by się mogło, że obojętnie gdzie - płacić trzeba. Wielka Brytania jest jednak ewenementem - zgodnie z przepisami, z których część pochodzi jeszcze z XIX wieku, mieszkający na Wyspach cudzoziemiec nie płaci tutejszemu fiskusowi nic od dochodów osiągniętych poza granicami tego państwa. Wystarczy udowodnić, że na stałe mieszka się gdzie indziej i stamtąd pochodzi kapitał.
- To jedyne tego rodzaju uregulowanie w Europie - potwierdza Leonie Kerswill, szefowa działu doradztwa finansowego dla najzamożniejszych klientów w PricewaterhouseCoopers LLP. Z tego udogodnienia finansowego korzysta obecnie ok. 60 tys. "zamiejscowych" bogaczy, w tym m.in. szwedzki miliarder Hans Rausing i spadkobierczyni holenderskiego rodu Heinekenów Charlene de Carvalho. W sumie z grupy 35 najbogatszych mieszkańców Wielkiej Brytanii tylko dziewięciu nie podlega tym przepisom - podliczyli dziennikarze "Sunday Timesa".
Międzynarodowi eksperci finansowi zarzucają Brytyjczykom, że z jednej strony ostro walczą z praniem brudnych pieniędzy i różnego rodzaju ulgami w tzw. rajach podatkowych, a z drugiej - ich kraj od lat jest jednym z największych takich rajów w Europie. - Pod względem podatkowym wielu bogatych cudzoziemców uważa Wielką Brytanię za obszar dający się w Europie porównywać tylko z wyspą Jersey. Musimy wreszcie skończyć z tą podwójną moralnością - krytykuje Rowan Bosworth-Davies. Ten były wysoki funkcjonariusz Scotland Yardu pracuje obecnie jako doradca kilku banków, które starają się zastopować nielegalne praktyki w ektorze finansowym.
Ostatnio przywilejami podatkowymi zainteresował się brytyjski kanclerz skarbu Gordon Brown. - Będziemy uszczelniać wszelkie luki naszego systemu fiskalnego - stwierdził podczas niedawnej debaty nad budżetem państwa. Mówi się, że ramy obowiązywania ulgi mogą zostać ograniczone do 5 lat. Podejmowane już kilkakrotnie w przeszłości dążenia do takich reform kończyły się fiaskiem, rząd bowiem obawiał się, że zaszkodzi to wizerunkowi Londynu jako centrum finansowego Europy.
- Zmiana opodatkowania wcale nie musi być groźna dla funkcjonowania City - uspokaja Robert Finch, radny miejski Londynu i jednocześnie partner w kancelarii prawnej Linklaters & Alliance. Według wstępnych szacunków specjalistów podatkowych, w Londynie i tak pracuje bowiem najwięcej brytyjskich bankierów oraz Amerykanów, których podatkowe przywileje nie dotyczą.