Jak Pan ocenia obecną koniunkturę dla branży tytoniowej na światowych giełdach?
Koniunktura jest bardzo dobra. Kiedy w 2000 r. na rynkach akcji pękła tzw. internetowa bańka, inwestorzy zwrócili się ku bardziej bezpiecznym aktywom - takim jak obligacje czy akcje spółek z tradycyjnych branż o wysokim cash-flow, wśród których znalazły się też koncerny tytoniowe. Dodatkowym korzystnym czynnikiem wzrostu cen akcji, zwłaszcza dla amerykańskich firm z naszej branży, było ubiegłoroczne zwycięstwo George`a Busha w wyborach prezydenckich. Tradycyjnie republikańska administracja jest mniej agresywnie nastawiona wobec koncernów tytoniowych. Najlepszym przykładem tego, że spółkom z naszego sektora dobrze wiedzie się na giełdzie, jest np. Philip Morris, którego akcje w ciągu ostatnich dwóch lat zdrożały o 95%. Podobnie jest w przypadku Imperial Tobacco, naszego nowego właściciela, którego wartość akcji w tym samym okresie wzrosła o 120%.
Czy koncerny tytoniowe to branża postrzegana w jakiś szczególny sposób przez inwestorów?
Nie da się ukryć, że nasza branża jest dość kontrowersyjna i nie wszyscy, zwłaszcza zagorzali przeciwnicy palenia, są zainteresowani lokowaniem w niej kapitałów. Jednak dla inwestorów liczy się przede wszystkim zysk. A pod tym względem, co pokazują choćby notowania z ostatniego roku, nasz sektor ma bardzo dobre perspektywy. Jestem przekonany, że dla polskiego rządu, jako inwestora, jesteśmy zyskownym przedsięwzięciem. Tylko za 3,42% akcji Reemtsma Polska właśnie wpłaciliśmy do Skarbu Państwa prawie 9,5 mln zł dywidendy.
Czy nie obawia się Pan, że ten okres dobrej passy giełdowej mogą europejskim spółkom tytoniowym przerwać pozwy sądowe złożone przeciwko nim, tak jak miało to miejsce w USA? Philip Morris był np. pozywany do sądu przez stan Floryda i kilkakrotnie już musiał wypłacać bardzo wysokie odszkodowania, np. rodzinom osób zmarłych na raka płuc.