Przy tak kiepskich nastrojach wystarczy zły komunikat z jakiejś spółki turystycznej, by jej akcje gwałtownie spadły. Tak było w przypadku MyTravel, największego brytyjskiego operatora zbiorowych wycieczek. Tylko w ciągu jednego dnia kurs jego papierów zwalił się aż o 24%, gdy spółka uprzedziła, że nie osiągnie planowanych zysków i przyznała, że nie jest w stanie wyrównać strat spowodowanych paniką po atakach terrorystycznych z 11 września.
W tym roku nie obserwuje się już wprawdzie gwałtownego spadku liczby podróżnych, o czym świadczą choćby lepsze wyniki linii lotniczych, ale też nie przybywa ich w takim tempie, jakiego oczekiwały biura podróży.
Najgorsze jednak jest to, że ludzie masowo przestają rezerwować wycieczki ze znacznym wyprzedzeniem, tak jak robili to dotychczas. Decydują się na podróż w ostatniej chwili i wtedy płacą o wiele taniej. Poza tym biura turystyczne, jeśli w ogóle dostaną pieniądze, to kilka miesięcy później, co w sposób oczywisty niekorzystnie wpływa na ich wyniki finansowe.
Przyczyn takiego postępowania specjaliści upatrują jednak nie tylko w chęci zaoszczędzenia pieniędzy kosztem zysków firm turystycznych, ale w ogólnej nerwowością i niepewności, spowodowanymi choćby rosnącym bezrobociem. Mało kto zdecyduje się kupić egzotyczną wycieczkę na pół roku wcześniej, nie mając gwarancji, że będzie jeszcze wtedy pracował.
Samo biuro MyTravel ma jeszcze teraz, pod koniec maja, do sprzedaży około miliona miejsc na wycieczkach, a więc o 250 tysięcy więcej niż przed rokiem. I jeśli ktoś w ogóle je wykorzysta, to przy znacznym dyskoncie.