W piątek dolar staniał wobec polskiej waluty, euro podrożało, ale to przede wszystkim efekt zachowania rynku eurodolara. Przez większą część dnia obserwowaliśmy poziomy w okolicach 4,03 zł za dolara i 3,78 zł za euro.
Reakcji na decyzje RPP i deficyt na rachunku obrotów bieżących nie było. Dlaczego? Bo obniżka stóp była mała i pozostały oczekiwania na kolejne cięcia, pozycje spekulacyjne są więc wciąż otwarte. Jeśli zaś chodzi o dane o rachunku, to inwestorzy postanowili wstrzymać się z wnioskami do następnego miesiąca. Fakt, eksport wzrósł znacząco, ale nie wiadomo, czy nie jest to jedynie jakiś chwilowy "wyskok". Podobnie z importem.
Niedawno pisałem o tym, że na światowych rynkach finansowych rośnie zainteresowanie euro. W efekcie od początku roku euro zyskuje, a większość analityków uważa, że będzie zyskiwało nadal. W piątek przebiliśmy kolejny bardzo ważny poziom oporu technicznego, umiejscowiony w okolicach 0,9335-0,9345 USD. Co to oznacza? Specjaliści od "kresek" mówią jedno: zdecydowanie w górę! Pojawiają się głosy, że w najbliższym czasie powinniśmy dotrzeć do 0,95, może nawet 0,97, a parytet (1:1) jest zupełnie realny w 2002 roku.
Jakie stąd wnioski dla Polski? Zbliżyliśmy się do poziomu 3,80 zł za euro. Jeśli ten trend się utrzyma, będziemy mieli zdecydowanie lepsze warunki dla eksporterów. Jednocześnie nie będzie silnej presji inflacyjnej. Większość importu jest bowiem rozliczana w dolarach (w przypadku surowców energetycznych, które mają znaczący wpływ na inflację, nawet około 75%).