Załóżmy taką sytuację. Umawiam się z kolegą i każdy z nas zakłada fundusz. Albo prościej - jako zarządzający funduszami (najlepiej ubezpieczeniowymi, bo ich klienci i tak się nie połapią) postanawiamy okazać sobie braterską pomoc w trudnych czasach. Kto za to zapłaci? Klienci zarządzanych przez nas funduszy. Bierna masa, która często nawet nie wie, co kupiła. No, więc robimy tak: ponieważ trend boczny katuje giełdę i nasze portfele, musimy przekonać rynek, że się strasznie myli i nie docenia naszych walorów. Ja docenię walory kolegi, a on moje. Pocieszać się będziemy nie przy ukochanej "whisky on the rocks" (to potem), ale wymieniając się kurtuazyjnie pakietóweczkami.
Swego czasu nie mogłem wręcz uwierzyć w pomysłowość kolegów, którzy wymyślali tysiąc jeden sposobów na "pompowanie" wycen swoich aktywów. Właściwie jedyny problem, jaki trzeba pokonać, to znalezienie grupy firm lub inwestorów indywidualnych, którzy lubią ten sport. I będą "robić za rynek". Im większa współpracująca grupka, tym lepiej. Jak się ktoś przyczepi, to zawsze będzie można wzruszyć ramionami i zwalić kosmiczne wyceny i późniejsze drastyczne przeceny na "grę podaży i popytu". A że się trochę tej "niewidzialnej ręce rynku" pomogło? No cóż, taki rynek. Co robić? Człowiek chciałby tak wszystko fair play, ale się nie da.
Jak się to wszystko dobrze zorganizuje, to do zabawy - pewnie zwykle zupełnie nieświadomie - wciągani są analitycy, komentatorzy i dziennikarze. Wszyscy wygadują i wypisują rozmaite historie, doszukując się rynkowej logiki w nielogicznych zachowaniach kursów. I tak sobie tworzymy sympatyczną fikcję. My zarabiamy (albo po prostu utrzymujemy swoje posady), a te biedne sierotki, wpłacające regularnie kasę do rozmaitych funduszy i na polisy, patrzą od czasu do czasu na wyciągi. I pyski z dumy kraśnieją. Bo przecież robią dobry interes. A emerytalnego grosza przybywa. Na papierze, ale zawsze.
Jest oczywiście pewien kłopocik na przyszłość - jak to wszystko upłynnić, gdy będzie trzeba wygenerować kasę? No więc w dobrych okolicznościach wcale takiej potrzeby może nie być. Przecież im skuteczniej będziemy kombinować i im dłużej utrzymamy sztuczne, ale wysokie wyceny swoich aktywów, tym większa szansa na stały napływ świeżej kasy. I o to chodzi. Świeża kasa pójdzie na regulowanie ewentualnych wypłat. A naszych pięknie wycenionych walorów nie trzeba będzie ruszać. Byle tylko - nie daj Boże - nie poprawiła się płynność naszych ulubieńców. Bo może nam nie starczyć sił i kolegów do zatrzymania formacji wodospadu, gdy rynek - ten prawdziwy - dostrzeże, że to wszystko jedna wielka lipa. Ale zanim do tego dojdzie, stać nas będzie na kolejną imprezkę z whisky, lodem i wielbicielkami napchanych portfeli. A przecież o to w końcu chodzi, nie?
Ludzie pukają się w czoło, zarzucając mi, że staję się coraz bardziej zdeterminowanym socjopatą. I że nie lubię wielu ludzi, dając im to nawet odczuć. A ja, patrząc na to jak się w Polsce kręci lody - kosztem większości z nas - przekonuję się do zalet socjopatii totalnej. Ech..., zacytowałbym Liroya, ale trochę nie wypada. Puszczam jego ostatnią płytę i jadę propagować jego tezy przez otwarte szyby samochodu. Niech się pukają w czoło. Ja wiem swoje.