Nie ma granicy bredni, której nie dałoby się przekroczyć w debacie publicznej zahaczającej o tematykę ekonomiczną. Niby od dawna już to wiadomo. A jednak normalny człowiek wciąż musi doświadczać szoku, kiedy tylko politycy zaczynają mówić o gospodarce. Można przypuszczać, że ulubionym zajęciem parlamentarzystów stało się ostatnio podejmowanie uchwał w sprawach polityki pieniężnej. Idąc za godnym naśladownictwa przykładem rządu, reprezentanci narodu wypowiadają się więc obficie w kwestiach, w których nie mają nic do gadania. To jest najwyraźniej jakaś zakaźna choroba.
Najnowszym szczytowym wykwitem ignorancji, tupetu, politycznego i ekonomicznego nikiforyzmu stała się rezolucja firmowana przez Ligę Polskich Rodzin. "Aby zapobiec wybuchowi społecznemu i długoletniemu kryzysowi gospodarczemu i walutowemu, domagamy się rezygnacji L. Balcerowicza z funkcji Prezesa NBP" - piszą opozycyjni posłowie. Wbrew pozorom, to nie sam pomysł zdymisjonowania Balcerowicza jest jednak najważniejszy w projekcie tej uchwały. Najważniejsze jest totalne pomieszanie umysłów, którego ta uchwała jest dobitnym wyrazem.
Ci ludzie najwyraźniej nic nie rozumieją z funkcjonowania współczesnych mechanizmów gospodarczych. Nie pojmują, dlaczego polityka monetarna powierzona została niezależnemu od nich bankowi centralnemu. Nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że w różnych krajach stopy procentowe mogą być na różnym poziomie. Nie wiedzą, kto, kiedy i po co w ogóle upłynnił kurs walutowy. Płynny kurs kojarzy im się z Argentyną, a sztywny z rajem. Ludzka twarz Gronkiewicz-Waltz, która będąc prezesem banku centralnego była przeciw upłynnieniu kursu, myli im się z nieludzką facjatą Balcerowicza, który będąc ministrem finansów na to zezwolił. Ci ludzie są tak zagubieni i zdezorientowani, że obowiązkiem chrześcijanina jest pochylić się nad nimi z troską.
Kochani posłowie, nie martwcie się. To zostało właśnie specjalnie tak pomyślane i urządzone, żebyście wy nie mogli decydować o stopach procentowych i kursie walutowym. Więc wszystko jest w porządku. Możecie sobie pisać uchwały. To ukłon w stronę demokracji. Bo demokracja jest wielka. Ona daje wam prawo gadania, ale na szczęście odbiera wam jednocześnie przynajmniej część środków umożliwiających przerabianie głupich słów w jeszcze głupsze czyny. I tak jest dobrze. Gdyby było inaczej, gdybyście mogli decydować o cenie pieniądza, byłoby zupełnie jak dawniej. Dawniej, dla ułatwienia, bywało tak, że minister finansów był jednocześnie wiceprezesem banku centralnego. A inflacji nie było, bo nie było rynku. Nie było też prawdziwego pieniądza. W ogóle niczego nie było.
Ja rozumiem, że wy, kochani posłowie, chcecie, żeby było jak dawniej, kiedy niczego nie było. Ale czy jesteście absolutnie pewni, że wy tego akurat powinniście chcieć? No, bo gdybyśmy wracając do sprawdzonych w przeszłości rozwiązań nie unieważnili jednak demokracji, wystawilibyście się na poważne ryzyko. Wiedzcie, że wyborcy nie lubią, kiedy nie ma rynku, mocnego pieniądza, kiedy pełne zatrudnienie oznacza głodowe płace, kiedy wyjazd za granicę łączy się z koniecznością wymiany mnóstwa miękkich złotych na garstkę twardych dolarów kupionych po horrendalnej cenie na czarnym rynku.