W czasie kiedy na czołowych rynkach europejskich coraz bliżej do wrześniowych dołków, WIG20 utrzymuje się w trendzie bocznym. Na wczorajszej sesji indeks wzrósł nieco ponad 1 pkt. i na zamknięcie notowań miał 1364,7 pkt. Obroty były nieco niższe niż we wtorek i wyniosły 120 mln zł.

Po zeszłotygodniowym spadku do najniższego od dwóch miesięcy poziomu byki starają się bronić swoich pozycji. Na razie wychodzi im to całkiem nieźle - wykres indeksu utrzymuje się na poziomie kwietniowego szczytu, ukształtowanego na 1361 pkt. Przełamanie tego wsparcia będzie oznaczać załamanie majowego wybicia w górę (zniżkę do 1359,8 pkt. na sesji 10 czerwca interpretuję jako naruszenie wsparcia). Konsekwencją tego powinien być spadek do 1288 pkt. Obrona kwietniowego szczytu i wzrost ponad 1369 pkt. pozwoli mieć nadzieję na utrzymanie krótkoterminowego trendu wzrostowego i, co za tym idzie, na atak na styczniowy szczyt (1464 pkt.). Te kilku, najdalej kilkunastopunktowe ruchy wydają się jednak bez większego znaczenia. Nasz indeks wygląda bowiem na idealnie stabilny - zapoczątkowany w styczniu trend boczny wydaje się przynajmniej tak silny, jak wcześniejsza bessa. Górne ograniczenie tej tendencji to styczniowy szczyt na 1464 pkt., dolną granicą jest również wspomniany wyżej dołek na 1288 pkt. Z jednej strony słychać głosy analityków mówiące, że nasze czołowe spółki są wyceniane wysoko i nie ma fundamentalnych podstaw do dalszego wzrostu, z drugiej - tajemnicza siła nie pozwala naszemu rynkowi podążyć w kierunku wrześniowych dołków. Czy jest wyjście z tej patowej sytuacji? Jak pokazuje przykład giełdy w Santiago de Chile, wcale nie musi być. Tamtejszy indeks IPSA od stycznia 2000 roku znajduje się w trendzie bocznym, między 87 a 105 pkt. Głównymi graczami na tamtejszej giełdzie są fundusze emerytalne, a tworząc nasz system emerytalny czerpaliśmy wprost z chilijskich doświadczeń. Nie jest zatem wykluczone, że trend boczny, który trwa już na wykresie WIG20 ponad cztery miesiące, to dopiero początek koszmaru.