Posiadanie akcji w tych czasach to rzecz ryzykowna. Strona podażowa ani na chwilę nie odpuszcza. Główne światowe indeksy rynków akcji systematycznie zmierzają do miejsca, w którym rozpoczęła się ubiegłoroczna jesienna zwyżka. Najgorzej wygląda tradycyjnie segment technologiczny. Nasdaq Composite we wtorek znalazł się nawet poniżej 1500 pkt. i dzieliło go wówczas niespełna 100 pkt. do dna z 21 września 2001 r. Podobnie wygląda sytuacja na S&P 500, który jest o niecałe 5% od minimum jesiennego.
Wątpliwości inwestorów co do przyszłej dynamiki wzrostu zysków, zwłaszcza firm technologicznych, przekładają się na tłumną wyprzedaż akcji. Wprawdzie generuje to poważne straty zdeterminowanych posiadaczy akcji, ale w istocie racjonalizacja wycen służy trwałości trendu, który powstanie po zakończeniu spadków. W końcu nikt nie zmusza do trzymania akcji, zwłaszcza w tak zmiennym sektorze jak high-tech. Zatem paradoksalnie z wyżyłowanymi wycenami na Nasdaq jest tak: im gorzej, tym lepiej.
Znajdujemy się prawdopodobnie o krok od odreagowania wielotygodniowych spadków. Przekonuje o tym wzrost liczby pesymistów, co poprawia kontrariańskie wskaźniki nastroju. Jednocześnie na wielu indykatorach widać gołym okiem dywergencje, które sięgają nawet kwietnia. Trudno przypuszczać, że byki odpuszczą obronę niezwykle ważnego wsparcia na poziomie 1420 pkt.
Bez wiary w kontynuację dalszych wzrostów Nikkei 225 tkwi od 3 miesięcy w przestrzeni pomiędzy 11 000 pkt. a 12 000 pkt. Wygląda na to, że posiadacze akcji japońskich, których lwią część stanowią walory technologiczne, zastygli w oczekiwaniu, co dalej w Ameryce (Nasdaq + wydatki inwestycyjne w sektorze IT). Na razie wyobraźni i nerwów starcza, aby nie pozbywać się akcji choć ostatnie sesje to powolny spadek indeksu. Gorzej, gdyby na Nasdaq pękło wsparcie wrześniowe...
W takim wypadku pewnie i na giełdę w Tokio zawitałby niedźwiedź. Puściłoby wsparcie na 11 tys. pkt. i Nikkei 225 podążyłby w kierunku wieloletniego minimum, znajdującego się na 9420 pkt.