Reklama

Jesteśmy spokojni o wzrost obrotów

Z Janem Rosochowiczem, prezesem zarządu W.Kruk, rozmawia Adam Mielczarek

Publikacja: 20.06.2002 08:44

W.Kruk właśnie rozpoczął przyjmowanie zapisów na swoje akcje. Firma zachęca inwestorów wskazując na dobre perspektywy rozwoju sprzedaży wyrobów jubilerskich, odzieży i dóbr luksusowych. Analitycy tymczasem zwracają uwagę na bardzo ambitne prognozy wzrostu sprzedaży i zysku. Jak zamierzacie je zrealizować?

Przede wszystkim chcemy edukować klientów. Podam przykład. Na Zachodzie przeciętny biznesmen ma trzy markowe zegarki - jeden do pracy, jeden na wieczór i jeden do uprawiania sportu. W Polsce jest z tym gorzej - mało kto ma nawet jeden szwajcarski zegarek. Ponadto zamierzamy otwierać sklepy w miejscach, gdzie nas jeszcze nie ma. Ważnym elementem naszej strategii jest wprowadzanie co 24 miesiące nowej marki - już na wiosnę 2003 roku wprowadzimy nową markę włoskiej odzieży, która będzie tańsza niż Deni Cler. Przewidujemy również spadek kosztów administracyjnych w relacji do przychodów ze sprzedaży. Dużo zainwestowaliśmy w zespół, który jest w stanie zarządzać kilkoma markami.

Przyglądając się sytuacji finansowej spółki, pierwsze, co rzuca się w oczy, to bardzo wysokie zadłużenie (około 26 mln zł), uniemożliwiające zaciąganie kolejnych pożyczek. Można odnieść wrażenie, że emisja ma charakter ratunkowy.

Dla spółki nie jest najważniejsze zmniejszenie długu, lecz powiększenie kapitałów własnych, które wynoszą 17 mln zł. Chcemy, aby proporcje pomiędzy nimi były bardziej korzystne. Nie zamierzamy rezygnować z finansowania się długiem, bo uważamy, że jest ono właściwe. Poziom udzielonych kredytów świadczy o zaufaniu banków do spółki.

Wydaje mi się jednak, że trudno jest Wam panować nad kosztami. Przez ostatnie dwa lata przychody wzrastały średnio o ponad 20% rocznie, a mimo to nie udało się zmniejszyć zadłużenia, tak żebyście byli bardziej atrakcyjni dla potencjalnych inwestorów.

Reklama
Reklama

Po okresie restrukturyzacji spółki w latach 1995-96 prowadziliśmy rozbudowę sieci i w 1999 roku osiągnęliśmy rentowność operacyjną na poziomie 9%. Doszliśmy wówczas do wniosku, że budując strategię na kolejne lata, należy wyjść poza branżę jubilerską. Do tego spółkę trzeba było rozbudować zarówno poprzez zwiększenie kadry, jak i rozwinięcie logistyki. Ponadto podejmowaliśmy kilka kosztownych przedsięwzięć, jak akcje promocyjne na 160-lecie istnienia firmy.

Wtedy stanęliśmy przed dylematem: czy kontynuować rozwój grupy według harmonogramu, czy odłożyć rozbudowę na okres po recesji gospodarczej i skupić się tylko na wynikach. Uznaliśmy, że z punktu widzenia właścicieli ten okres byłby raczej stracony. To, czy będziemy mieli nieco większy zysk teraz, jest niewarte zarzucenia przygotowań do rozwoju w latach 2004-05.

Jeżeli zrealizujemy tegoroczny budżet, a wszystko wskazuje na to, że nieznacznie przekroczymy plany, to będę mógł powiedzieć, że był to słuszny wybór.

Jednak pierwszą dywidendę zamierzacie wypłacić dopiero w 2006 roku. Czy inwestorzy zainteresowani zyskiem z tego tytułu mają jakąś szansę na zmianę tej polityki?

Uważam, że na obecnym etapie rozwoju wciąż ważniejsze jest umiejętne reinwestowanie zysków, a nie ich dzielenie. Najpierw chcemy stać się niekwestionowanym partnerem dla światowych marek, zwłaszcza w perspektywie wejścia do Unii Europejskiej i dopiero wówczas o tym pomyślimy.

Czy wejście do UE, co może nastąpić już za dwa lata, nie spowoduje, że więcej stracicie na zaostrzeniu się konkurencji?

Reklama
Reklama

Chciałbym zdecydowanie zaprotestować przeciwko rysowaniu takiego obrazu, że jak wejdziemy do UE, to nagle zjawią się tu wszystkie ekskluzywne marki. To prawda, że jesteśmy krajem o blisko czterdziestomilionowej populacji. Lecz tak naprawdę nasza baza klientów to około 500 tys. osób, które żyją w miastach powyżej 200 tys. mieszkańców i zarabiają co najmniej 4,5 tys. zł brutto. Jednak nawet ich nie stać na regularne kupowanie rzeczy z kolekcji ekskluzywnych firm. Od czasu do czasu mogą jednak kupić np. eleganckie dodatki. Zatem te marki przyjdą dopiero kiedy rynek się powiększy. A i wówczas taki producent najprawdopodobniej zwiąże się z lokalnym partnerem, który będzie sprzedawał jego wyroby zgodnie z wytycznymi. Do tego chcemy się przygotować, tak abyśmy to my byli tym partnerem.

Czy będzie Pan namawiał Enterprise Investors do sprzedaży możliwie największego pakietu akcji, tak aby nie powtórzył się przypadek Eldorado? Na rynek weszła bardzo ciekawa firma, na której prawie nie ma obrotu, bo EI postanowił zachować swój pakiet.

Spodziewam się dużego zainteresowania ofertą ze strony inwestorów indywidualnych, zatem płynność powinna być dobra. Co do EI, to jest on w naszej firmie już dziewięć lat. Zatem zakładam, że chętnie będzie pozbywał się swojego pakietu 553 tys. akcji. Wiele zależy także od tego, na jakim poziomie ustalona zostanie cena emisyjna (wstępne widełki to 35-43 zł), no i oczywiście czy będzie wystarczający popyt. Jeśli tak się stanie, to free float powinien być bardzo wysoki. Jeśli do tego sporo walorów trafi do inwestorów indywidualnych, to będę spokojny o obroty.

Dodam, że wiele osób pyta mnie o ryzyko wrogiego przejęcia. Jeśli przejmującym miałaby być jedna z wielkich marek światowych, to życzyłbym sobie tego jak najbardziej.

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama