Z przedstawionych sądowi dokumentów wynika, że w ostatnich miesiącach funkcjonowania Enronu szefowie spółki prowadzili działalność, którą trudno określić inaczej niż grabież. 144 przedstawicieli wyższego menedżmentu otrzymało w tym czasie w formie pensji, premii i innych wynagrodzeń 309,5 mln USD w gotówce oraz 434,5 mln USD w opcjach. Najbardziej zachłanny okazał się były prezes spółki Kenneth Lay, którego pakiet pensji i akcji wyceniono na 152 mln USD. Były dyrektor wykonawczy Jeffrey Skilling zadowowolił się 35 mln USD, a szef działu energetycznego konsorcjum Thomas White - 17 mln.
Oprócz tej sumy Enron utworzył jesienią ub.r. - tuż przed ogłoszonym 2 grudnia bankructwem - specjalny fundusz premiowy, aby utrzymać w pracy 76 pracowników "absolutnie niezbędnych" dla funkcjonowania firmy. Z puli 50 mln USD najwięcej otrzymali szefowie działu obrotów energią John Arnold i John Lavorato - po 8 mln USD na głowę.
- To policzek dla wszystkich. (Dokumenty) to nowy dowód na to, że ludzie na samej górze doskonale zdawali sobie sprawę, że należy brać jak najwięcej, póki jeszcze można - powiedział w Waszyngtonie Eli Grottesdiener, adwokat reprezentujący 24 tysiące pracowników i emerytów, którzy mieli ulokowane pieniądze w planach emerytalnych z udziałem akcji Enronu. Ich straty oblicza się na setki milionów dolarów. Ta grupa osób stara się obecnie o odzyskanie części pieniędzy na drodze sądowej. W rozpoczynającym się procesie kluczową kwestią będzie ustalenie, kiedy dyrektorzy wypłacali sobie najwyższe wynagrodzenia - w ostatnich miesiącach przed ogłoszeniem bankructwa zwykli pracownicy spółki zostali pozbawieni prawa pozbywania się papierów Enronu ulokowanych na swoich planach emerytalnych, podczas gdy dyrektorzy mogli nimi spokojnie obracać.
Oburzeni są także byli pracownicy konsorcjum. Po ogłoszeniu bankructwa zwolniono 4500 osób. Na odprawy dla tej grupy przeznaczono zaledwie 43 mln USD.