Firmy z Unii Europejskiej przenoszą produkcję za granicę, gdyż rosnące płace i restrykcyjne kodeksy pracy powodują wzrost kosztów. Trwające w ostatnich tygodniach strajki w Niemczech, Włoszech i Hiszpanii dały tamtejszym przedsiębiorcom kolejny powód do szukania pracowników gdzie indziej. W rezultacie ożywienie gospodarcze nie zdołało zapobiec wzrostowi stopy bezrobocia w kwietniu do 8,3% (najwyższa od 19 miesięcy).
Pracownik niemieckiej fabryki kosztuje swojego pracodawcę prawie 10 razy tyle, ile kosztowałby go węgierski robotnik - obliczył koloński instytut analiz ekonomicznych IW. Koszty te będą rosły. Niemieccy budowlani domagają się właśnie podwyżki płac o 4,5%. Mimo trwającej już 7 lat zapaści w branży, zorganizowali strajk, pierwszy po II wojnie światowej.
Koszt godziny pracy włoskiego robotnika w fabryce wynosi średnio 15,63 euro, a więc ponad 5 razy więcej niż w Czechach. Toteż spółka Marzotto, do której należy Hugo Boss, otworzyła w ub.r. fabryki włókiennicze w Brnie i w Kownie na Litwie. Tam praca jest tańsza. Spółka zamierza przenieść za granicę 35% produkcji tekstyliów.
Epcos z siedzibą w Monachium chce w tym roku zatrudnić 1400 osób za granicą. Przyjęła bowiem porozumienie płacowe wynegocjowane między pracodawcami a związkiem zawodowym metalowców, który swe żądania wzmocnił strajkiem. Od czerwca płace 3,6 mln metalowców wzrosły o 4%, a więc trzy razy więcej, niż wynosi najnowsza stopa inflacji.
Jednocześnie wydajność jednego pracownika w europejskim przemyśle stanowi zaledwie dwie trzecie tego wskaźnika w Stanach Zjednoczonych i jest to największa różnica od lat 60. Wzrost wydajności w drugiej połowie lat 90. spadł w Europie do 1,2% rocznie, podczas gdy w USA zwiększył się do 1,9%.