Czwartkowa sesja na Wall Street zaczęła się od wzrostów. To pokłosie środowej obrony kluczowych wsparć przez tamtejsze indeksy. Przypomnijmy: Średnia Przemysłowa obroniła barierę popytową, tworzoną przez lokalny dołek z 31 października ub.r. (9075 pkt.), kreśląc wymowną formację młota. Jeszcze bardziej byczo wyglądają wykresy indeksów S&P500 oraz Nasdaq Composite. Na obu bowiem byki zdołały obronić silne długoterminowe wsparcia, utworzone po ataku terrorystycznym z 11 września ub.r. (966 pkt. dla S&P 500 i 1396 pkt. dla Nasdaq). W ten sposób groźba kontynuacji spadków została przynajmniej chwilowo zażegnana. No właśnie. I tu rodzi się podstawowe pytanie. Czy środowa obrona wsparć będzie pretekstem jedynie do dłuższego odbicia po sześciotygodniowym spadku? Czy też właśnie jesteśmy świadkami zmiany trendu?

Za korekcyjnym charakterem wzrostów przemawia postępujący kryzys zaufania, jaki wybuchł w związku z upadkiem Enrona, a którego najświeższym przykładem jest skandal w WorldCom (nadużycia finansowe na kwotę blisko 4 mld USD). Ta sprawa zapewne jeszcze nie kończy tematu malwersacji księgowych dokonywanych przez zarządy amerykańskich spółek. Z całą pewnością można też założyć, że co jakiś czas podobne skandale będą potrząsać globalnym rynkiem akcji. Bardzo obrazowo tę sytuację ujął jeden z komentatorów CBS MarketWatch, stwierdzając, iż "Wall Street płonie". Niestety, ma rację, a to oznacza dalsze spadki.

Giełda jednak ma to do siebie, że nie zawsze jest logiczna. W tym przypadku niezbędnym narzędziem staje się analiza techniczna. A ta sugeruje zupełnie coś odwrotnego od tego, co nakazuje rozsądek. Patrząc bowiem na wykresy przez pryzmat kresek, trudno oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy właśnie świadkami zmiany trendu. Najlepiej to widać na wykresie Nasdaq Composite. Środowa obrona wsparcia na poziomie 1396 pkt., w połączeniu z dużym wyprzedaniem rynku, już same w sobie powinny być zachętą do kupna akcji. Jeżeli do tego dodamy średnioterminowe wzrostowe dywergencje na oscylatorach (m.in. RSI i Stochastic Oscillator), to najwyższy czas zacząć napełniać portfele. Czyżby znów znana maksyma giełdowa: kupuj, gdy leje się krew, znalazła zastosowanie?