W największych opałach byli inwestorzy na amerykańskich rynkach. Nasdaq oraz S&P500 wyrównały ubiegłoroczne minima, DJIA zahaczył o dołek z 31 października ub.r., stanowiący ostatnią barierę przed spadkiem w okolice 8000 pkt. W odniesieniu do tych indeksów warto zwrócić uwagę na kilka faktów. Niepokojąca w przypadku rynku technologicznego jest proporcja pomiędzy czasem trwania jesiennego odbicia a falą spadkową, rozpoczętą w początkach stycznia. Już teraz zniżki trwają dwa razy dłużej niż trwały wzrosty. Jeśli mielibyśmy mówić o możliwości obrony wrześniowego dołka, to proporcja powinna wyglądać odwrotnie. Do tego w połowie czerwca doszło do wybicia z kanału spadkowego, w jakim Nasdaq poruszał się przez pięć miesięcy, stwarzając tym samym zagrożenie zniżką równą jego wysokości, czyli do około 1300 pkt. Do pesymistycznych wniosków skłania Nasdaq100, który z ubiegłorocznym minimum poradził sobie już tydzień temu. Często było tak, iż ten wskaźnik wyprzedzał zachowanie szerokiego indeksu. Nie można też wykluczyć, iż opanowanie sytuacji na środowej sesji wynikało nie tyle ze wzrostu skłonności do kupowania akcji, ale z zamykania krótkich pozycji. Jest to możliwe w kontekście doniesień o rekordowej liczbie pożyczonych papierów. W przypadku zwyżek pierwszym poważnym testem dla Nasdaq Composite jest poziom ok. 1480 pkt., gdzie przebiega najszybsza z linii trendu malejącego oraz dolne ograniczenie kanału. Powrót do jego wnętrza (raczej mało prawdopodobny) dawałby szansę na mocniejsze odbicie i osiągnięcie 1574 pkt., wyznaczanych przez majowy dołek.

Jeśli chodzi o DJIA, to mamy do czynienia z wypełnieniem minimalnego zasięgu spadków, wynikających z formacji głowy z ramionami, tworzonej przez pierwsze pięć miesięcy tego roku. Ten zasięg zbiega się z mocnym wsparciem w postaci dołka z 31 października na wysokości 9075 pkt. Jest jasne, że jego przełamanie będzie oznaczać zniżkę przynajmniej w okolice 8000 pkt. Do takiego pesymizmu skłania wykres indeksu szerokiego rynku S&P500, który już przekroczył poziom, jaki można było prognozować z wysokości trendu horyzontalnego z przełomu 2001 i 2002 r. To sygnał słabości byków, potwierdzający, że mają one małe szanse na skuteczną obronę kluczowej bariery popytowej wokół 960 pkt. Po jej ewentualnym przekroczeniu pytanie nie będzie brzmiało, czy indeks będzie tracił, ale jak szybko będzie się to działo. Wygląd wykresu z ostatnich 5 lat, przypominający ogromną formację głowy z ramionami, już teraz silnie oddziałuje na wyobraźnię inwestorów. Warto przypomnieć, że rynki akcji nie zawsze kierują się racjonalnymi przesłankami, a często górę biorą emocje i obawy o przyszłość.

Podobne nastroje jak za Atlantykiem panują na parkietach Eurolandu. W najgorszej sytuacji byli inwestorzy w Paryżu, gdzie CAC podjął próbę wybicia poniżej zamknięcia z 21 września. Poza tym wskaźnikiem warto przyjrzeć się wąskiemu indeksowi rynku londyńskiego FT-SE30. Miesiąc temu bardzo ładnie wyprzedził on opuszczenie dołem wielomiesięcznych konsolidacji przez bardziej popularne indeksy, a teraz znalazł się, licząc po zamknięciach, poniżej wrześniowego minimum. W takiej sytuacji poprawę koniunktury z końca tygodnia należy uznać jedynie za ruch powrotny, co jest złym zwiastunem dla europejskich parkietów na nadchodzący tydzień.W kontekście pojawiających się opinii, mówiących, że rynki wschodzące mogą być alternatywą dla rynków rozwiniętych, warto spojrzeć na wykresy indeksów giełd z naszego regionu. Uderzające jest podobieństwo skali zmian naszego WIG20 i węgierskiego BUX-a. Od jesieni ub.r. my zyskaliśmy blisko 50%, Węgrzy 58% (tyle tylko, że zwyżki były tam dużo spokojniejsze niż u nas). Teraz od lokalnych ekstremów WIG20 jest 15% niżej, a BUX 18%. W obu przypadkach zniesiona została połowa wcześniejszych zwyżek. Czeski PX50 urósł również o 50%, ale teraz trochę skuteczniej opiera się spadkom, będąc 12,5% poniżej majowego maksimum (niewykluczone że w kolejnych dniach nadrobi "zaległości"). Zwolennicy analizy technicznej na pewno nacieszą wzrok książkową wręcz formacją głowy z ramionami z rysunku rosyjskiego RTS. Co prawda, skala przeceny z niej wynikająca została prawie w całości zrealizowana, ale nic nie wskazuje, by niekorzystna tendencja miała się odwrócić. Po raz pierwszy od końca października RTS znalazł się poniżej średniej ze 100 sesji, co zapowiada utrwalenie zniżek. Bardzo wyraźnie spada jeden z liderów wzrostów, zapoczątkowanych na jesieni ub.r., południowokoreański KOSPI. Przez siedem miesięcy podwoił on swoją wartość, ale dwumiesięczne zniżki zabrały już z tego blisko połowę. Przecena przybrała na sile wraz z przegraną koreańskiej drużyny w półfinale Mundialu.

Z tego wynika, że nie ma co liczyć, by emerging markets były ostoją byków w czasach bessy na dojrzałych rynkach. Na ich postrzeganie wywierają obecnie wpływ obawy związane z sytuacją w Brazylii i możliwą niewypłacalnością tego kraju. W momencie, gdy inwestorzy coraz bardziej poddają się emocjom, każdy powód do wyprzedaży akcji jest dobry.

Miniony tydzień potwierdził, że atmosfera na światowych parkietach nie sprzyja kupowaniu akcji. Co gorsza, nie dostarczył także argumentów przemawiających na rzecz choćby silniejszego odreagowania. Bez wątpienia indeksy są bardzo mocno wyprzedane, ale to raczej obrazuje siłę trendu niż zapowiada trwalszą poprawę koniunktury.