Bo obroty, może poza debiutancką sesją, są marniutkie. Ogółem w ciągu trzech dni zawarto 90 transakcji. Z pozoru sporo. Tyle że niemal połowa dotyczyła "operacji" na mniej niż 30 walorach. Wczoraj, przy symbolicznym obrocie zawarto tylko siedem transakcji...

Rozczarowanie kilkuset osób, które stały się ostatnio współwłaścicielami Kruka, jest zrozumiałe. Wystarczyło wstrzymać się z zakupem do środy, gdy - w pewnym momencie - można było nabyć niewielki pakiet o ponad 20% taniej niż w ofercie (po ok. 27,70-28,00 zł w porównaniu z 35 zł na rynku pierwotnym). To kiepska zachęta do inwestowania w ofertach publicznych. Szkoda. Zwłaszcza że wydaje się, iż główny powód nieudanego startu leży raczej poza spółką, w sferze transakcyjnej.

Można odnieść bowiem wrażenie, że głównym powodem takiego falstartu Kruka jest właśnie mizerna płynność. Zwracano na nią uwagę jeszcze przed wejściem na giełdę. Choć na rynku można już oczywiście spotkać opinię, iż kurs debiutanta był ściągany w dół z premedytacją. Jaki byłby cel takiej operacji? Dość prosty - zaniżanie wycen Kruka do czasu, gdy swój pakiet zdecyduje się sprzedać Enterprise Investors. Tak by móc odebrać "enterprajsom" akcje po atrakcyjnej (dla kupującego) cenie.

Teorie spiskowe (które często wcale takie głupie nie są!) zostawmy jednak na chwilę na boku. Zauważmy, że przy tak niskiej płynności i przy tak małych transakcjach nie trzeba do tego wirtuoza gry giełdowej. I chyba nawet nie trzeba żadnej złej woli. Może po prostu to cena niskiej płynności. A akcjonariusze mogą pocieszać się tym, że niskopłynne papiery są także wyciągane w górę. Problem w tym, że duzi inwestorzy mają prawo obawiać się takich inwestycji. Bo jak tu coś kupić. A na dodatek - ja to coś potem sprzedać?

Jedno jest pewne - animujący rynek akcji Kruka będzie miał sporo pracy.