Niepotrzebne okazały się interwencje i rewolucja w polityce monetarnej. Nie trzeba było desantu komandosów na gmach Narodowego Banku Polskiego. Wystarczyło tylko postraszenie inwestorów i analityków, wypoczętym po zagranicznych wakacjach, nowym ministrem finansów. On zaś nie musiał kiwnąć jeszcze nawet palcem. Tylko wrócił i zapowiedział, że zabiera się do pracy. Rynek przeraził się tak, że w ciągu kilku dni doszło do faktycznej dewaluacji złotego. Wicepremier chyba kraśnieje z dumy. Jeszcze nie zdążył wydać żadnej decyzji, a już zachwycił skutecznością premiera. I rzucił na kolana krnąbrny rynek finansowy.

Prawdziwe oblężenie przeżywa teraz ponoć strona internetowa pokazująca dorobek i życie prywatne Grzegorza Kołodki. Co temu facetowi może chodzić po głowie? - zastanawiali się analitycy i dealerzy grzebiący w jego wcześniejszych tekstach. Ale złoty spadał nie tylko ze strachu przed Kołodką. Także ze strachu przed kryzysem w Turcji i w związku z niepokojem o sytuację w Brazylii. Jednym słowem - złoty słabł także z uwagi na rosnące obawy, iż dotychczasowe emerging markets stają się non-emerging markets.

Tyle powody. Fakty są takie, że - wcześniej wzmacniany chorym zestawieniem miękkiej polityki fiskalnej i twardej monetarnej - złoty ostatnio nam zasłabł. Część dealerów walutowych jest pewnie bliska decyzji o wyskakiwaniu oknem. Niektórzy stracą pewnie pracę. Tak ostra jazda w przypadku rzeczywiście dużych portfeli oznacza oczywiście także możliwość uzyskania bardzo dużych zysków z transakcji walutowych. Niemniej zachwytów jakoś nie słychać, a jęk - i owszem. A sami zainteresowani pocieszają się, że przecież, do cholery, złoty już tak ostro spadać nie powinien... Kredytobiorcy walutowi zagryzają palce z przerażenia. Kurza twarz, przewalutowywać się czy nie? A wszyscy zarabiamy sobie - w przeliczeniu na euro - kilka procent mniej niż jeszcze parę dni temu (poza tą garstką, której płace - ale tylko w elitarnych firmach zagranicznych - są indeksowane do dolara lub euro).

Ja jednak wciąż mam nadzieję, że strach ma duże oczy. I że minister nie poświęci ekonomii, matematyki i zdrowego rozsądku na ołtarzu doraźnych celów politycznych. Ale coraz groźniej, a mniej śmiesznie pobrzmiewa gromkie pohukiwanie części polityków odgrażających się, że już wkrótce zajmą się sprawą dewaluacji złotego. Coś im się chyba pokręciły epoki i wydaje im się, że znowu są w swoich "cudownych latach" 70., kiedy egzekutywa mogła wszystko. A o tym, że wszystko pachnie (pachnie?) starymi czasami, świadczą żarty krążące po rynku (i po internecie). Choćby w formie rzekomego komunikatu po posiedzeniu rządu, na którym Rada Ministrów miała zaaprobować nowy mechanizm ustalania "właściwych" kursów akcji na warszawskiej giełdzie... Kolega z jednego z funduszy emerytalnych śmieje się, że jego firma jest bezpieczna, bo ma najnowsze dzieło ministra z jego własnoręcznym autografem. Uśmiecham się, ale - szczerze mówiąc - śmiechu nie ma...