Na wieść o tak złym początku tygodnia za oceanem, europejskim inwestorom puściły nerwy. Indeksy w Londynie i Frankfurcie od rana spadały, ale po południu ostro poleciały w dół i zarówno FT-SE, jak i DAX po raz pierwszy od dawna znalazły się na poziomie poniżej 4000 pkt. Ostatecznie londyński indeks stracił aż 5,43%, spadając do najniższego poziomu od 5,5 roku, a frankfurcki wskaźnik do godz. 18.00 tracił 4,49%. Paryski CAC-40 obniżył się o 5,4%, do poziomu notowanego po raz ostatni w 1998 r.

Raz jeszcze na ratunek amerykańskim giełdom pospieszył prezydent George W. Bush. Powiedział wczoraj, że Stany Zjednoczone mają jedynie kaca po niedawnej gospodarczej hulance, ale fundamenty ekonomiczne tego kraju nadal są silne i podstawy wzrostu solidne. Wymienił w tym kontekście niską inflację i stopy procentowe, dobrą politykę pieniężną i rosnącą wydajność. - Nasza gospodarka wraca do zdrowia i nie ma co do tego wątpliwości - powiedział George W. Bush.

Zapewnienia i diagnozy prezydenta nie uspokoiły jednak inwestorów, podobnie jak jego zapowiedzi zaostrzenia walki z przestępczością finansową w amerykańskich przedsiębiorstwach. Wszyscy czekają na wyniki spółek w II kwartale. Ponad 40% firm tworzących indeks S&P 500 poda je w tym tygodniu.