To się wreszcie doczekaliśmy. Nie, żebyśmy wiedzieli jakoś specjalnie więcej niż wcześniej, ale się doczekaliśmy. Minister przyszedł, poopowiadał strasznie okrągło, ale na tyle skutecznie, że zagranica zaczęła kupować naszą walutę i złoty się umocnił. To zresztą chyba nie do końca spodoba się rządowym fanom wicepremiera.
W przeciwieństwie do zachodnich dealerów walutowych, mnie nowy-stary szef resortu finansów zupełnie nie przekonał. A to dlatego, że trochę za dużo obiecuje. Bo z jednej strony usłyszeliśmy, że dyscyplina finansów publicznych ma zostać utrzymana i że wicepremier nie tylko nie dopuści do wzrostu deficytu, ale dążyć będzie do jego ograniczania. Pięknie. Tak... Tyle że zaraz po tych kilku deklaracjach zaczęła się litania intencji pomocowych. Czyli komu damy, komu umorzymy, komu pomożemy. Padła zapowiedź wprowadzenia kredytu podatkowego dla małych firm. No i, oczywiście, przypomnienie, że stawki podatkowe będą redukowane... Bezrobocie zmaleje, produkcja wzrośnie. Jednym słowem - znowu ma być cud, tylko nie wiadomo, czyim kosztem.
Dużo wicepremier opowiadał o nadzwyczajnych akcjach i o wsadzaniu kija w mikroekonomiczne mrowisko, żeby Polskę wyrwać z letargu. Mimo raptem 32 lat, muszę być chyba już strasznie głuchy (pewnie od tego mojego techno), bo jakoś nie dosłyszałem, jak to wicepremier zamierza sfinansować. I tak sobie kombinuję, że jedynym wyjściem jest podwyżka podatków. Bo przecież na wzrost przychodów przez podwyższenie tempa wzrostu PKB przyjdzie jeszcze chwilę poczekać. A wzrost fiskalizmu - nawet przy utrzymaniu zasady ograniczania obciążeń CIT - jakoś nie bardzo mi pasuje do sloganów o wspieraniu rozwoju. Choć trzeba przyznać, że - jeśli już coś ruszać - to lepiej podatki pośrednie niż dochodowe. No, ale tego to się nie dowiedzieliśmy, bo minister - zanim usłyszał pytania - wyszedł. W sumie dobre wyjście.
Ogólnie można powiedzieć, że było w wystąpieniu ministra dużo okrągłych zdań i łatwo akceptowalnych społecznie (co nie znaczy wcale - analitycznie!) koncepcji. I tak jak się spodziewałem, tym razem ekstrawagancja ministra polegała na... braku owej ekstrawagancji. Mówił spokojnie, choć można było dostrzec oznaki lekkiej tremy (widać przerwa w ministerowaniu robi swoje). Sprytnym posunięciem było to, że w mowie nowego ministra nie znalazła się nawet wzmianka o dewaluacji czy o tym, jaki to wredny jest Leszek Balcerowicz. Jednym słowem, Kołodko-wicepremier okazuje się - przynajmniej na razie - łagodniejszy od Kołodki-publicysty. Co więcej, we wczorajszym wystąpieniu znalazło się nawet stwierdzenie istotnie wspierające stanowisko RPP. Hołubić niską inflację - no, nie powiem, miło to brzmi i ministra będziemy trzymać za słowo. Choć wciąż nie wiadomo, co dla kogo oznacza niska inflacja.
I żeby nie było tak, że się znowu złośliwie czepiam na całego, to muszę pochwalić ministra za to, że tylko właściwie raz dał się wyraźnie ponieść talentom teatralnym machając rękoma - specjalnie dla fotoreporterów (co zresztą było całkiem dowcipne). Aha, i żeby jeszcze złagodzić mój wrodzony jad, dodam, że z jednym zgadzam się z wicepremierem w zupełności - "sytuacja polskiej gospodarki jest trudna". A że to raczej mało odkrywcze spostrzeżenie, to już zupełnie inna sprawa. Lekko przegadana inwokacja w każdym razie za nami. Teraz prosimy jednak o konkrety.