W mocnym i równym tempie główny warszawski indeks zbliża się do jesiennego dołka, znajdującego się na 990 pkt. Od wczorajszego zamknięcia, które wypadło na 1061,63 pkt. i było najniższe od ponad dziewięciu miesięcy, potrzeba już tylko niecałych 7%, żeby wartość WIG20 była rekordowo niska.

Jak duża jest szansa, że okolica 1000 punktów powstrzyma napór podaży, trudno oszacować. Patrząc na wykresy giełd zagranicznych, poziom ten nie powinien stanowić dla niedźwiedzi żadnego problemu. Z drugiej strony, 1000 punktów to tradycyjna już wartość, przy której kończą się trendy spadkowe, znajdujące wydawałoby się w pełnym rozkwicie. Tak było na jesieni 1998 roku i na jesieni zeszłego roku. Gdyby niedźwiedzie nie zostały powstrzymane, będzie to sygnał umocnienia się długoterminowego trendu spadkowego.

Na razie sygnałów odwrócenia trendu nie ma. Wprawdzie wskaźniki krótkoterminowe sugerują bardzo silne wyprzedanie rynku, z dużą niechęcią potwierdzając spadki indeksu, ale to za mało, żeby na tej podstawie prognozować poprawę koniunktury. Szczególnie, że na ich wykresach nie ma śladu pozytywnych dywergencji. O ile zwykła korekta w spadku może zdarzyć się w każdej chwili, o tyle poważniejsza zmiana trendu jest nieco dłuższym procesem. Na wykresie WIG20 trudno znaleźć wskazówki sugerujące choćby początek tego procesu.

W razie próby wzrostu byki napotkają poważny opór w okolicach 1150 pkt. Tutaj znajduje się luka bessy z 19 lipca, tutaj także przebiega spadkowa linia trendu, przebiegająca po maksimach z 13 czerwca i 18 lipca. Po drodze do tej wartości jest jeszcze luka bessy z 22 lipca, ale tej barierze przypisuję mniejsze znaczenie. W razie zmiany trendu krótkoterminowego zakładam, że przynajmniej w pierwszej fazie odreagowanie będzie gwałtowne.

Przewaga podaży znajduje odzwierciedlenie w liczbie spółek, których wykresy znalazły się poniżej zeszłorocznych minimów. Do Elektirmu, BRE Banku i ComArchu wczoraj dołączył Softbank i Telekomunikacja.