Czwartkowa sesja potwierdziła tezę, iż rynek terminowy nie wierzy w trwałość obecnej zwyżki na warszawskim parkiecie. Przez większą część notowań na rynku kasowym mieliśmy wzrosty, ale okazało się, że nie na tyle istotne, by doprowadzić do zmiany bazy na dodatnią. Wytłumaczeniem zachowania rynku terminowego może być poziom obrotów na akcjach, który osłabia znaczenie czwartkowych wzrostów, jak również fakt, że przez właściwie cały dzień giełdy światowe zachowywały się znacznie gorzej od naszego rynku. Biorąc pod uwagę fakt, iż DAX przez cały czas nie potrafi sobie poradzić z poziomem dna z września zeszłego roku, a na Nasdaq RSI odbił się od linii trendu spadkowego, obawy o kondycję giełd światowych są jak najbardziej uzasadnione. Nie zmienia to jednak faktu, iż uwagę na nie zdaje się zwracać jedynie rynek terminowy.
Od strony technicznej, mimo próby w pierwszej części sesji, kontraktom ponownie nie udało się wybić z trwającej od początku tygodnia konsolidacji w obszarze 1047-1086 pkt. Co więcej, po raz kolejny zakończenie wypadło poniżej oporu, jakim jest połowa długiej czarnej świecy z zeszłego czwartku (1074 pkt.) oraz średniej 10-sesyjnej (1078 pkt.). Wybicie górą z tej konsolidacji będzie możliwe jedynie w sytuacji, gdy rynek kasowy, nie patrząc na sytuacją okołogiełdową, będzie kontynuował ruch w górę. Nawet jeżeli scenariusz ten zostanie zrealizowany, wzrosty nie będą duże. W obszarze 1100-1120 pkt. kontrakty napotkają bowiem na silny opór wyznaczany przez: główną linię trendu spadkowego (wykres w skali logarytmicznej), linię trendu spadkowego rysowaną od czerwca bieżącego roku, średnią z 15 sesji oraz 23,6-proc. zniesienie fali spadkowej trwającej od maja. Opory te są na tyle silne, iż przy obecnych nastrojach ich pokonanie jest mało prawdopodobne.