Po prezentacji złych wyników Pekao SA i - delikatnie mówiąc - mało przekonujących deklaracjach o realności zweryfikowanej w dół prognozy na 2002 r., można było się spodziewać ostrej "zwały" we wtorek. Zarówno samego banku, jak i rynku, którego Pekao było ostatnim chyba blue chipem i kotwicą indeksową. Otwarcie było jednak dość łagodne. Po raz kolejny rynek nam się trzymał sztucznie, co przy skali ostatnio obserwowanego handlu trudne chyba nie było.

Ale, oczywiście, inwestorzy będą doszukiwać się dobrych stron zalewu złych informacji. Mówiąc o ewentualnych przesłankach takiej "optymistycznej" interpretacji ostatnich danych, można bazować na przekonaniu (niekoniecznie słusznym, niestety!), że skoro jest źle, to może być tylko lepiej. No, przynajmniej trochę lepiej. Skoro teraz są straty, to może się zmniejszą. A jak się zdarzy cud, to może będzie nawet jakiś marny, ale zysk. I humory się poprawią. Choć do tego konieczna będzie spora dawka relatywizmu i odnoszenie wyników złych do zupełnie tragicznych. Co nie zmieni faktu, że ogólnie nadal będzie marnie.

- Czy na tej, (...), giełdzie będzie kiedyś trend wzrostowy? - pytają zdesperowani inwestorzy na internetowej liście dyskusyjnej. Wiadomości złe płyną nieprzerwanym strumieniem. Wczorajszy świt stacja CNBC przywitała minorowymi komentarzami. Wyniki naszych kolejnych firm zniechęcają do inwestowania. Rozgoryczenie i apatia są coraz wyraźniejsze. Koledzy z naszej branży inwestycyjnej są coraz bardziej zestresowani. Wakacje zepsute, humory podłe. I jeszcze ta pogoda - albo sakramencki upał albo ulewny deszcz. Jest tak źle, że nie wiadomo, jak może być jeszcze gorzej. Jednym słowem - coraz piękniejsze podstawy do wzrostów...:-) Baza tak niska, że w następnych kwartałach, nawet przy podłych wynikach, będzie się można chwalić przyzwoitą dynamiką. - Marzyciele - wzdycha Marcin, gdy z Darkiem snujemy żartobliwe wizje takiego spekulacyjnego widzenia świata. Bo, oczywiście, choć lepiej sobie tego nie wyobrażać, to może być jeszcze gorzej. Ale potem już tylko hossa, hossa, hossa. Do następnej bessy, oczywiście.