Ciekawy jestem, ilu wyborców ochoczo popierających populistów i cwaniaków obiecujących państwową (czytaj: publiczną!) kasę zastanawiało się - choć raz w życiu - jak dużo taka hojność kosztuje. Polityk naobiecuje, potem w pocie czoła opracowuje jakiś absurdalny plan wydatków i zleca pozyskanie kapitału na pokrycie swych szczodrych gestów. Ponieważ kasa się nie domyka, państwo (czytaj: wszyscy obywatele) jest bezczelnie zadłużane. Oprócz tego, że w ten sposób rośnie gigantyczny wielopokoleniowy garb, rosną także odsetki płacone za powiększanie i utrzymywanie owego garba. Dziesięć lat temu musieliśmy oddawać - bagatelka - 5 miliardów złotych rocznie na pokrycie kosztów obsługi zadłużenia. W roku ubiegłym w ten sposób "z dymem" poszło już ponad DWADZIEŚCIA MILIARDÓW ZŁOTYCH (dla przypomnienia: to równowartość dwustu bilionów starych złotych!).
Problem - jak wielokrotnie wskazywaliśmy - wynika z zadłużania po uszy państwa (czyli Państwa!). Nawet jeśli budżety roczne utrzymywane są w jakichś ryzach (z deficytem), to przecież niedobory finansowane są przez emisję sekurytyzowanego długu (bony, obligacje). Tym samym z upływem lat problem narasta. "Poziom państwowego długu publicznego jest jednym z podstawowych elementów w istotny sposób wpływającym na całą gospodarkę danego kraju. Przedstawiany w relacji do PKB jest jednym z najważniejszych wskaźników makroekonomicznych służących do oceny kondycji gospodarki i stabilności finansów publicznych w danym kraju. Na jego podstawie można ocenić, czy dany kraj jest w stanie obsługiwać swoje zobowiązania bez zakłóceń. Im wyższy jest jego poziom, tym wyższy poziom kosztów jego obsługi, co może przyczyniać się do powiększania deficyty budżetowego, a tym samym wzrostu długu publicznego" - można przeczytać w poświęconym długowi publicznemu raporcie rocznym Ministerstwa Finansów. Truizm? Oczywistość? Tak. I co z tego? Przypominania nigdy dosyć, zwłaszcza w kraju, w którym zdrowy rozsądek zdaje się przegrywać z chamstwem i ulicznym warcholstwem.
A czas jest fatalny dla wszystkich tych, którzy widzą zagrożenia wynikające z wpadania w spiralę zadłużenia. Bo recesja, bieda, bo zatory płatnicze, bo to, bo tamto... Ludzie i firmy czekają na pomoc państwa (czytaj: innych podatników!). Tymczasem zadłużenie trzeba redukować, gdyż w - wcale nieodległej - perspektywie ten wielki garb może nas przygnieść.
"Lata 2002-2003 (...) nie będą zbyt przychylne dla zarządzającego długiem publicznym, z uwagi na notowany od kilkunastu miesięcy spadek dynamiki PKB, utrzymywanie się znacznego deficytu budżetowego zamiast stopniowego jego ograniczania oraz rosnących kosztów obsługi długu publicznego. A wszystko to przypada na okres poprzedzający kumulację spłat zadłużenia zagranicznego w latach 2004-2008" - ostrzega wspomniany raport Ministerstwa Finansów.
Zwolennicy pobudzania gospodarki przez zastrzyki gotówki z budżetu będą pocieszali, że długu nie trzeba spłacać, bo przecież jest w nieskończoność rolowany. Wbrew pozorom zabawa taka nie może trwać wiecznie. Właśnie niedługo czeka nas konieczność dokonania sporego wyczynu, jakim będzie zmierzenie się z kumulacją spłat starych długów zagranicznych. Wspomniany wcześniej raport resortu finansów przestrzega, że "dalszych intensywnych działań" wymaga m.in. "kontynuowanie prac związanych z rozwiązaniem problemu obsługi zobowiązań zagranicznych w okresie spiętrzenia spłat w latach 2004- 2008". Pytanie, czy dociera to do głów polityków, którym budżet państwa kojarzy się pewnie z wielką mennicą uruchamianą na kiwnięcie palcem? O długu zagranicznym i o tym, że Argentyna wcale nie jest tak daleko - następnym razem!